Reklama

Nie była romansowa, była pikantna

10/07/2013 09:43
Z Bogusławem Kaczyńskim rozmawia Lena Szatkowska

Przyjechał pan do Płocka, by poprowadzić autorski koncert otwierający Letni Festiwal Muzyczny. Znowu gości pan w mieście, gdzie urodziła się Mira Zimińska-Sygietyńska, z którą połączyła pana wielka przyjaźń.
Była to jedna z największych przyjaźni mojego życia. Przyjaźń, która wydaje się czymś dziwnym, bo różnica wieku między nami była kolosalna, a jednak rozumieliśmy się bardzo dobrze. Polubiłem ją za wszystko. Wszystko mnie w niej urzekało.

Jak wyglądała państwa pierwsze spotkanie?
Poznałem ją bardzo dawno temu, w Warszawie, po jakimś występie Mazowsza. Poszliśmy na kolację i od tej pory chodziłem do niej niemal codziennie, przez dziesiątki lat. Byłem ostatnim człowiekiem, który żegnał ją w klinice. Nigdy nie zapomnę tego ostatniego spotkania. Leżała w łóżku bardzo słaba, ja przy niej klęczałem, żeby nie musiała podnosić głowy do góry, bo ją to męczyło. Powiedziała wtedy do mnie, po dosyć długiej rozmowie: „Idź już, idź. Pamiętaj ja odchodzę, ty zostajesz. Pilnuj kultury, pilnuj Mazowsza” i postawiła mi na głowie krzyżyk. Wyszedłem na ulicę i nie mogłem się ruszyć. Stałem i stałem. Wiedziałem, że to było pożegnanie, z kimś bardzo bliskim i bardzo kochanym. Wkrótce Mira odeszła.

W jaki sposób realizuje pan ten „testament”?
Pilnuję Mazowsza przez cały czas. Walczę z kim można, czyli z ludźmi bezdusznymi i ludźmi interesownymi, którym Mazowsze jest niepotrzebne do niczego, a potrzebna jest jedynie luksusowa siedziba zespołu. Nie mam zbyt wielu sojuszników w tej walce. Dopóki nie nastąpią zmiany w naszym kraju, nie liczę na to, że ktoś ruszy małym palcem, żeby pomóc zespołowi w jego beznadziejnie trudnej sytuacji.

Na czym ona polega?
Na nierozumieniu istoty Mazowsza i złym finansowaniu. Tak być nie może.

Jeśli wierzyć anegdocie, utworzenie zespołu było marzeniem Tadeusza Sygietyńskiego. Mira miała mu tylko pomóc w trudnych początkach.
Obiecała, że pomoże przez chwilę, a pomogła do końca życia.

To „przez chwilę” sugerowało, że chciała wrócić na sceny kabaretowe, których przed wojną była gwiazdą.
Tak, myślała o tym, tylko że Mazowsze ją wchłonęło. To był ogromny wysiłek z jej strony, nadać zespołowi taką formę i taką klasę, która świat rzuciła na kolana. Ona stworzyła fenomen na miarę kuli ziemskiej i dlatego Mazowsze podbiło cały świat. Zostało nazwane największym ambasadorem kultury polskiej. Przykro mi, że zespół nie ma odpowiedniego miejsca w kulturze polskiej i odpowiedniego wsparcia. I to mnie bardzo boli.

Kiedy Mazowsze odwiedziło Londyn w 1957 roku, urzeczony jego występem w Albert Hall Marian Hemar napisał o tym wiersz i dołączył do niego wzruszającą dedykację: „Dla Miry Zimińskiej, przyjaciółki najmilszej, bez której nie byłoby Sygietyńskiego ani Mazowsza. Ani mnie”. Czy rozmawiał pan z Mirą także o Hemarze?
Trudność polegała na tym, że ja byłem zbyt młody, a ona zbyt wiekowa, żebyśmy mogli rozmawiać na różne tematy osobiste. Kiedyś świat inaczej wyglądał. Były tematy, o których się po prostu nie rozmawiało. Kiedy pytałem, na czym polegało to ogromne zainteresowanie panów jej osobą (wśród panów, którzy ją otaczali byli arystokraci, książęta, hrabiowie, poeci, pisarze – znane nazwiska), ona odpowiedziała: „tajemnica mojego sukcesu polega na tym, że ja nie byłam nigdy romansowa, ja byłam pikantna, a to się szalenie wszystkim podobało”.

Mira śpiewała znakomite piosenki, odnajdywała się w stylu fin de sičcle’u, ale ciągle tęskniła do teatru. Którą Mirę pan woli: niezrównaną wykonawczynię piosenki „Nikt, tylko ty” i „Pokoiku na Hożej” czy np. jej tytułową rolę w „Damie od Maxima” i Camillę z „Żołnierza królowej Madagaskaru”?.
Ona była świetna pod każdym względem. To wielka gwiazda teatru, filmu, kabaretu. Wszystkie jej role i piosenki były świetne, również ta ostatnia – dyrektora zespołu Mazowsze. Pisali dla niej znakomici poeci. Wyłącznie jej przyjaciele. Miała szczęście, że w tym czasie teatry, nawet typu rozrywkowego, były na arcymistrzowskim poziomie. Miała się od kogo uczyć. Uczyły ją koleżanki w teatrze. Mira zawsze mówiła, że wielki wpływ na jej karierę miały przyjaciółki: Hanka Ordonówna i Zula Pogorzelska. To była wielka symbioza i przyjaźń wielkich dam polskiego kabaretu.

Nie chce się wierzyć, że nie były zazdrosne o swoje kariery.
Nie. Mira po wojnie zbudowała pomnik Zuli Pogorzelskiej.

Jaka jest pana opinia o pomyśle Płocka, żeby uhonorować Mirę pomnikiem?
Jestem jak najbardziej za tym i bardzo chętnie wesprę tę inicjatywę. Ona zasługuje na to jako wielka Polka, która dokonała rzeczy niesłychanych w kulturze polskiej, w kulturze światowej, a poza tym – co jest takie istotne w tym momencie – bez przerwy opowiadała o Płocku. Mówiła bardzo pięknie o mieście i podkreślała, jak bardzo jest dumna, że pochodzi z Płocka oraz z tego, że jest jego honorową obywatelką, jedyną kobietą w męskim gronie zasłużonych. Tym sposobem i mnie się udzieliła sympatia do Płocka. Niewieloma takimi obywatelami miasto może się szczycić.

Widzi pan Mirę na pomniku, na ławeczce czy może w teatrze?
Każdy pomysł jest dobry, ale myślę, że na jakimś centralnym placu w Płocku. Byłbym raczej za tym, żeby ją związać z samym miastem. Ona występowała w wielu teatrach, ale to miasto było w jej życiu istotne. Zawsze podkreślała, że urodziła się w Płocku, tutaj spędziła swoje dzieciństwo i młode lata, i ciągle na temat Płocka opowiadała w moich audycjach telewizyjnych.

Jest pan gospodarzem Przystanków Europejskiego Festiwalu im. Jana Kiepury, które odbywają się w wielu miastach Polski, ostatnio – w Chrzanowie i Wieliczce. Czy Przystanek zatrzyma się kiedyś w Płocku?
Bardzo chętnie. Tu jest wspaniała publiczność. Ja wciąż robię to, co zawsze – popularyzuję kulturę muzyczną, operę, operetkę, musical. Nie zamierzam przestać. Mira zawsze powtarzała: „Nigdy nie przechodź na emeryturę i nie noś publicznie okularów” i ja jej słucham. Kiedyś towarzyszyłem zespołowi podczas tournée po Chinach. Po koncercie jedliśmy z Mirą obiad w apartamencie cesarskim. Mirę zainteresowała piękna chińska porcelana. Chciała wiedzieć, co oznacza napis na odwrocie talerzyka. Tłumacz wyjaśnił treść: „Cesarzowa życzy swojemu gościowi sto lat”. „Co za niestosowna dedykacja” – powiedziała wtedy Mira. Sama odeszła, gdy miała 96 lat, ale nie wiadomo, czy tyle miała naprawdę. Żartowała, że gdy otrzymała propozycję z amerykańskiej wytwórni filmowej, ujęła sobie kilka lat. Kiedy podczas koncertów publiczność śpiewa dla mnie „100 lat”, jest to bardzo miłe.
fot. Jan Waćkowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości