Zakończył się szczęśliwie i nadspodziewanie wcześnie kolejny trudny rok szkolny, jakąś jego część zakłóciła nerwowa atmosfera strajkowa. W 30-letniej historii III RP miały miejsce dwa długie strajki nauczycielskie – na początku, w roku 1993, przeciw katolicko-narodowo-liberalnemu rządowi profesor Hanny Suchockiej (za którym stało zarówno pobożne Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe ze Stefanem Niesiołowskim, jak i ekstrawolnościowy Kongres Liberalno-Demokratyczny, z którego wypromował się potem tak znakomicie Donald Tusk), i na końcu, w roku 2019, przeciw rządowi „dobrej zmiany” (też o nachyleniu katolicko-narodowym). Pomiędzy tymi granicami polską oświatę miały okazję „podnieść”, rozwinąć, uskrzydlić takie siły, jak Akcja Wyborcza „Solidarność”, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, i w końcu wyrosła z dwu ostatnich proeuropejska, światła Platforma Obywatelska z pomocą „Nowoczesnej”, a także postkomunistyczne resztki w postaci wcale niesłabego kiedyś Sojuszu Lewicy Demokratycznej i niezdartego PSL-u, który dopiero w ostatnich dniach dochodzi swojego szczęśliwego kresu. Dlaczego tym niezmordowanym budowniczym III RP udało się tak wiele, a nie udało się zbudować dobrej szkoły?
B o gdyby się udało, nie byłoby tego kwietniowego strajku, który, jest to całkiem realne, może znaleźć swój dalszy ciąg na jesieni. A przecież było naprawdę dużo czasu, by przemyśleć, zaplanować i wdrożyć mądry system edukacyjny, na miarę potrzeb naszych czasów. Nie żeby nic w tym czasie nie zrobiono. Dla szkoły zrobiono w ciągu tych 30 lat bardzo dużo. Zmieniła się na lepsze baza materiałowa ogromnej liczby szkół w Polsce, wzbogaciło się ich wyposażenie w nowoczesny sprzęt, wypiękniały elewacje budynków, nabrały poloru wnętrza. Dokonał się tu ogromny postęp. Dodatkowo przez dwie ostatnie dekady pracowano usilnie nad modernizacją programową szkoły, przebudowano jej strukturę, wprowadzono obiektywne, wystandaryzowane egzaminy zewnętrzne, proces dydaktyczno-wychowawczy poddano wnikliwej ewaluacji. Reformowano, reformowano bez końca i bez przerwy. Praca nad polską szkołą dokonywała się bez wytchnienia, ale coś umknęło uwadze reformatorów, rozmyślnie, cynicznie albo przez nieuwagę lub przez brak kompetencji.
S zkole zabrakło „duszy”, tego czegoś, co miała w sobie ta dawna, dobra szkoła, nawet ta z czasów PRL-u, jakiś niezwykły klimat, który jednoczył, budował, niezauważalnie niemal kształtował ducha w człowieku, wychowywał, wskazywał cel w życiu, może nawet nadawał mu sens, a na pewno ten sens przybliżał. I drugie zaniedbane ogniwo, to oczywiście ten sfrustrowany do bólu nauczyciel, najtańsze ogniwo polskiego systemu oświaty – jako takie zaplanowane i z niespotykaną konsekwencją realizowane do dziś przez wszystkich. Za wszelką cenę chciano zbudować szkołę „tanią”, taką, w której praca będzie niewiele kosztować, a spełniający niby tak doniosłą rolę w społeczeństwie edukator i wychowawca będzie pariasem nowego społeczeństwa (ten plan jest wielce demoralizujący i antywychowawczy). To zadziwiające, ale tak jak na początku transformacji początkujący nauczyciel nie był w stanie za nauczycielską pensję utrzymać się samodzielnie, nie mówiąc już o utrzymaniu rodziny, tak nie może tego także i teraz. I to jest najlepszy wykładnik tego wielkiego (jednak!) niepowodzenia, jakim jest polska szkoła doby transformacji, mimo wielu niewątpliwych swoich zalet. I co z tym zamierzasz zrobić, Polsko?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze