Reklama

Na Ukrainę zamiast do Paryża

28/09/2011 08:35
Turcy w roku 1670 zburzyli miasto, wydawało się zatem, że nic już nie uratuje zamku w Trembowli. I kiedy jego komendant Samuel Chrzanowski powoli tracił ducha, wówczas sprawy w swoje ręce wzięła szanowna małżonka Anna Dorota. Przepasała się ostentacyjnie pasem z dwoma nożami i nieustannie groziła mężowi, że jeśli podda zamek Turkom, jednym nożem zabije jego, a drugim siebie. Turcy twierdzy nie zdobyli... Tych i innych trochę wymyślonych, trochę prawdziwych historii nie brakuje na terenach Galicji, Wołynia i Podola, miłych polskiemu sercu miejscach obecnie wchodzących w skład Ukrainy, a przez wieki związanych z Rzeczypospolitą.
Kiedy poprzedniej zimy razem z grupą wypróbowanych towarzyszy podróży zastanawialiśmy się, co tym razem zwiedzić podczas wakacyjnego urlopu, moja propozycja o wyjeździe na Ukrainę przypadła do gustu wszystkim. Bo jeśli się cały rok planuje (także finansowo) wakacyjną wyprawę, to nie sztuką jest wsiąść do pociągu, autokaru, własnego auta i udać się w mało barwną podróż do Paryża. O wiele większym wyzwaniem jest wyprawa własnymi samochodami na Ukrainę bez pośrednictwa biura turystycznego. Problemem pozostawało tylko znalezienie jakiegoś miejscowego Polaka, który - tak jak we wcześniejszych wyprawach - pomoże nam dotrzeć do miejsc, które koniecznie chcemy zobaczyć.
Ukraińcy to bardzo mili ludzie, otwarci, skłonni do zabawy w dobrym towarzystwie, niestety - w przeważającej większości biedni. No i przez wieki związani z Polską wspólną historią. Ta historia jest pewnie dzisiaj największą kością niezgody. Trudno czasami nam - Polakom, noszącym w pamięci zarówno rokosz Chmielnickiego, jak też obronę Lwowa w roku 1920 czy rzeź wołyńską pod koniec drugiej wojny światowej, spojrzeć na historię trochę inaczej niż z pozycji krzywdy. Należy jednak pamiętać, że Ukraińcy mają prawo odbierać odmiennie nasze wspólne dzieje. I to, co dla nas jest być może niesubordynacją, wielką tragedią, zdradą, dla nich może być elementem nie przebierającej w środkach walki o własną narodowość. Wie o tym doskonale Artur Grossman, nasz „kontakt” na Ukrainie. Chłopak ze Śląska, kilka lat temu ożenił się z Ukrainką i teraz wspólnie wychowują dzieci mieszkając we Lwowie. Jak rzadko kto zatem ma dwojakie spojrzenie na wszystko, co się przez wieki działo. Dzieli się nim z nami chociażby podczas pobytu na cmentarzu Orląt Lwowskich. Ale o cmentarzu i o Lwowie będzie w następnej korespondencji. Dziś zajmiemy się turystycznymi atrakcjami usytuowanymi na wschód od tego miasta.
Drobin czy Hrebenne
Już po przekroczeniu polskiej granicy w Hrebennem głowę drążą dwie myśli. Pierwsza jest bardzo prozaiczna. Jeśli ktokolwiek kiedyś powie, że tak złej drogi jak ta z Płocka do Drobina (mam na myśli stan przed ostatnim remontem) jeszcze w życiu nie widział, to chyba powiem mu coś niemiłego, a następnie zaproszę na Ukrainę. Główna droga prowadząca z przejścia granicznego do Lwowa może naprawdę przyprawić o ból głowy. Leje jak po wybuchu granatów powodują, że trzeba jeździć wyjątkowo ostrożnie. Inaczej każda podróż samochodem zostanie brutalnie przerwana. No bo jak jeździć z urwanym zawieszeniem? Być może taki stan dróg powoduje, że na Ukrainie sprawdzają się najczęściej dwa rodzaje samochodów: kilkunasto- a nawet kilkudziesięcioletnie łady wiązane drutem i sznurkiem albo wszelkiego rodzaju suvy i terenówki. A że nasz wschodni sąsiad jest krajem pełnym kontrastów (z jednej strony koląca oczy bieda, z drugiej niecodzienne bogactwo), na drogach spotykamy i jedne, i drugie. Ukraińców nie stać na jakąś porządną naprawę swoich dróg, ograniczają się jedynie do ich frezowania. Jedyny trakt, który jest  naprawiany od początku do końca, to droga ze Lwowa do Kijowa. Ale to w kontekście zbliżających się Mistrzostw Europy w piłce nożnej.
Druga myśl to odkrycie, że jazda po Ukrainie Zachodniej i Południowej to jak czytanie kart historii. Żółkiew, Buczacz, Radziwiłłów, Kamieniec Podolski, Zbaraż - długo można wymieniać miejscowości, które oczytanym Polakom znane są chociażby z Sienkiewiczowskiej Trylogii, a pozostałym z lekcji historii. I nie ma się czemu dziwić. Wszak po ostatniej wojnie z Krzyżakami o Prusy Królewskie praktycznie przez całe stulecia kolejne karty historii zapisywane były na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. I tylko żal czasami, że od czasu naszej tegorocznej wyprawy z Radziwiłłowem kojarzą mi się jedynie zaniedbany kołchoz i bezpańskie psy wałęsające się po wiejskiej drodze. Niemniej innych pozytywnych emocji także nie zabrakło i jeśli ktokolwiek poprosi mnie o pomoc w zaplanowaniu wyprawy, z czystym sumieniem mu odpowiem: jedź bracie na Ukrainę!
Niemowlę będzie królem
Na jednej stronie „Tygodnika Płockiego” nie da się opowiedzieć o wszystkim, co można zobaczyć. Skupmy się zatem na kilku wybranych miejscach. A w obwodzie lwowskim do takich zaliczyć można zamki w Olesku i Podhorcach. W tym pierwszym urodził się późniejszy polski król Jan II Sobieski, a także - prawdopodobnie - jego mało udany poprzednik na polskim tronie Michał Korybut Wiśniowiecki. Miejscowi przewodnicy opowiadają, że Sobieski urodził się w dziwnych okolicznościach. Po pierwsze w czasie strasznej burzy, po drugie podczas napadu Tatarów. Kiedy akuszerka położyła niemowlę na czarnym, marmurowym stole, ten pękł w efekcie uderzenia pioruna. Akuszerka ogłuchła, ale w efekcie tych okoliczności przewidziano, że niemowlę będzie człowiekiem wyjątkowym... Zamek przechodził różne koleje losu. Był własnością Daniłowiczów, Rzewuskich i innych magnatów. Jego niszczenie zapoczątkowało trzęsienie ziemi z roku 1838, a następnie fakt odnalezienia znaczącego skarbu w jednej z zamurowanych komnat. Od tego czasu rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania innych klejnotów: rozbijano ściany, niszczono kominki. Dzisiaj w zamku funkcjonuje muzeum, filia Lwowskiej Galerii Sztuki. W Olesku warto jeszcze zwrócić uwagę na zespół klasztorny kapucynów, zbudowany na początku XVIII wieku, dziś wypełniony po brzegi zbiorami Lwowskiej Galerii Sztuki. Właścicielsko z Oleskiem związany jest kolejny, niedaleko położony zamek w Podhorcach. Wielbicielom filmowej wersji „Potopu“ Hoffmana powinien być znany chociażby z tego, że nagrywano w nim część scen. Kiedy po wypowiedzeniu posłuszeństwa Radziwiłłowi pułkownicy Wołodyjowski, Żeromski i inni siedzieli w kazamatach, a Kmicic na dziedzińcu wycinał wiernych swoim pułkownikom dragonów, to filmowo działo się to właśnie w tym zamku. Niestety, dziś ten przepiękny przykład architektury niszczeje. Kuriozalne wrażenie czynią okalające budowlę rzeźby na wysokich postumentach, usytuowane na łące wśród wypasających się krów. Cóż, zderzenie historii z rzeczywistością. W byłej rezydencji Koniecpolskich, Sobieskich, Rzewuskich i Sanguszków po wojnie funkcjonowało sanatorium przeciwgruźlicze. W roku 1997 budynek został przekazany Lwowskiej Galerii Sztuki.
Gdzie śpi Salomea
Obwód tarnopolski to przede wszystkim Krzemieniec, Zbaraż i Trembowla. Z tą pierwszą miejscowością związane jest dzieciństwo Juliusza Słowackiego. To tu w miejscowym liceum literatury nauczał jego ojciec, tu na jednym z cmentarzy odnajdujemy piękny nagrobek jego matki Salomei (pamiętamy wszyscy dramat Słowackiego „Sen srebrny Salomei”), tu w końcu odnajdujemy ulicę Słowackiego i jego muzeum. Jeśli chodzi o cmentarze, to warty odwiedzenia jest całkiem inny polski przybytek, nie ten, na którym leży matka Juliusza. Cmentarz usytuowany w górnej części Krzemieńca, po kocich łbach można się tam dostać jedynie samochodem terenowym bądź pieszo. Wszędzie ślady polskiej historii, niestety, wiele mogił jest rozgrzebanych, ale widać też kilka grobów nowych, na których chowani są miejscowi Polacy. Nasz ukraiński znajomy Artur prowadzi nas jeszcze w jedno miejsce: – Pójdziemy teraz tam, gdzie nie widziałem nigdy ani jednej świeczki, gdzie żaden pilot nie prowadził jeszcze wycieczek, ja sam spotkałem tam tylko miejscowych pijących jakiś samogon z plastikowych butelek. Po wdrapaniu się na szczyt góry cmentarnej i przedarciu się przez chaszcze odnajdujemy zapomniany przez wszystkich i zaniedbany Grób Nieznanego Żołnierza.
O obrońcach Trembowli pisałem na początku tego tekstu. Podanie ludowe mówi, że przed Turkami uratowała zamek nie tylko żona komendanta, ale także cudowny obraz Matki Boskiej Trembowelskiej, do którego modlili się mieszkańcy tej miejscowości. Warto jedynie uzupełnić, że w swoim czasie były dwie największe twierdze Rzeczypospolitej na wschodnich rubieżach: Kamieniec i Trembowla. Ta druga miała spełniać rolę ostatniego bastionu po ewentualnym upadku Kamieńca. Dzisiaj z zamku w Trembowli pozostały jedynie mury, jednak warto się na nie wdrapać (jest to dozwolone) po to chociażby, żeby zobaczyć panoramę 15-tysięcznego miasteczka położonego nad rzeką Gniezną, jednego z najstarszych na Ukrainie.
Kamieniec, Chocim,
Zbaraż – obowiązkowo
O obowiązku odwiedzenia Kamieńca Podolskiego (obwód czerniowiecki), Chocimia (obwód Chmielnicki) i Zbaraża nawet nie należy w tym tekście wspominać, dlatego nie będę się nad tymi wspaniałymi twierdzami rozwodził. Proszę uwierzyć - robią ogromne wrażenie, szczególnie Kamieniec. Ta twierdza wydaje się nie do zdobycia. Często w Kamieńcu wspomina się rok 1621, kiedy to sułtan Osman II zobaczywszy warownię zapytał: kto ją zbudował? – „Bóg, cudowną miejsca naturą!” – Niechże zatem ją sam zdobywa - odrzekł i nakazał odwrót. Poza twierdzą - w starej części Kamieńca do zwiedzania jest tyle, że dnia nie starczy. Mnóstwo polskich śladów (jeszcze w I połowie XX wieku 20% mieszkańców Kamieńca przyznawało się do polskości). A więc Rynek Polski z ratuszem, katedra diecezji kamieniecko - podolskiej (z polskim biskupem!!!), a obok katedry pomnik w kształcie pnia drzewa poświęcony „Pamięci Pana Pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego, Hektora Kamienieckiego”. Spotykamy także sporo innych kościołów i cerkwi. Ja odbyłem bardzo miłą rozmowę z popem cerkwi greckokatolickiej św. Jozafata (kiedyś kościół trynitarzy pw. Św. Trójcy). To przedstawiciele tego kościoła zajmowali się wykupem brańców pojmanych przez Turków i Tatarów.
Ławra Poczajowska
i Czerniowce
Ktoś spyta: a co poza zamkami? Przede wszystkim polecam wizytę w Poczajowie. Ławra Poczajowska jest jednym z 4 prawosławnych zespołów klasztornych w byłym ZSRR (w tym dwa są na Ukrainie). Przepych, złoto, wielka wiara - te trzy określenia przychodzą mi do głowy naraz, kiedy przychodzi opisywać tę ławrę. Będąc na Ukrainie nie sposób nie zajrzeć do Poczajowa. To tu po roku 1240, po splądrowaniu Kijowa przez Batu-Chana, schronili się mnisi. W krótkim czasie potem dwóm mnichom i pasterzowi Iwanowi Bosemu objawiła się podobno Matka Boska w słupie ognia. Największy rozkwit klasztor zawdzięcza staroście kaniowskiemu Michałowi Potockiemu. Uwaga, do klasztoru nie ma wstępu bez nakrycia głowy, ramion i nóg (kobiety) oraz odpowiednich czarnych spodni (mężczyźni).
A kiedy będziecie państwo już dosyć mieli zamków, kościołów i cmentarzy, wybierzcie się aż pod granicę z Mołdawią, do krainy zwanej Bukowiną, konkretnie do Czerniowiec. Nieprzypadkowo to miasto nazywane jest Wenecją Wschodu. Dlaczego? Przekonajcie się o tym państwo sami.
Tomasz Szatkowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości