Rzeka z każdym zakrętem zwalniała, pogłębiała się. Jej obrzeża stawały się coraz bardziej podmokłe, grząskie. Te zmiany postępowały zbyt szybko i jakoś niezbyt naturalnie. Przeczuwałem, że ich przyczyną nie może być nic innego jak ingerencja człowieka, że niebawem dotrę do zbudowanej przez niego betonowej przegrody. Znowu zaczęło ogarniać mnie zniechęcenie, stopniowo przeradzające się w złość i pogardę dla ludzkiego gatunku. Za jego bezmyślność, krótkowzroczność i zupełny brak odpowiedzialności.
Miałem przed sobą dość długą, monotonną, rozszerzającą się stopniowo rzeczną prostkę. Obramowaną obumarłymi, sponiewieranymi przez wiatry, podtopionymi przez spiętrzoną przez człowieka wodę, próchniejącymi i częściowo połamanymi kikutami olchowych pni. I zabagnioną, uschłą, rudoszarą podmokłą łąkę. Było coś przygnębiającego i zarazem zatrważającego w tym krajobrazie, dominowały w nim bowiem dzieło zniszczenia i wizja zagłady.
Ta prostka, przynajmniej początkowo, wydawała się obiecująca. Mocno przewężona, ścieśniona, z głęboką rynną wyżłobioną w dnie przez wtaczającą się z impetem zza zakrętu silną strugą nurtową, wgryzającą się pod przeciwległy brzeg, mogła stanowić siedlisko okazałego pstrąga. Penetrowałem ją więc wolno, konsekwentnie, z czujnością, spodziewając się w każdej chwili możliwości brania. Moje przeczucia szybko się potwierdziły. Zdążyłem wykonać zaledwie kilka rzutów przynętą, gdy w kolejnym jej poprowadzeniu, tuż po zmianie stanowiska, wyczułem bardzo delikatne, następujące jedno po drugim, muśnięcia przynęty. Jakby wobler prześliznął się po zakleszczonej w dnie gałązce. Byłem niemal pewien, że te muśnięcia to robota pstrąga, dużego pstrąga.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze