Reklama

Łódź. Miasto czterech kultur. Co pozostało z „ziemi obiecanej”?

Opisy pełnego kominów, zadymionego, szarego, fabrycznego miasta, przedstawiony w powieści Władysława Reymonta „Ziemia obiecana” czy też obrazy z filmowej adaptacji tej książki w reżyserii Andrzeja Wajdy, z pewnością nie zachęcają do zwiedzania Łodzi. Obecnie Łódź – zwana miastem czterech kultur – prężnie się rozwija i z roku na rok staje się coraz piękniejsza.

Miasto przeżyło gigantyczny turystyczny boom przed kilkudziesięciu laty, ale bynajmniej nie była to turystyka związana z jego zwiedzaniem. Przyjeżdżali tutaj masowo Polacy w okresie tzw. „gospodarki niedoborów”, zaopatrzyć się w różnorodne tkaniny i gotowe wyroby odzieżowe niedostępne wtedy w żadnym innym zakątku kraju. Pobyt ich ograniczał się przeważnie do ulicy Piotrkowskiej, czyli zwanej w lokalnym slangu „Pietryny”, biegnącej południkowo przez samo centrum. Na tej ulicy i w jej pobliżu znajdowały się wówczas sklepy z tekstyliami i odzieżą, dwa duże domy towarowe, punkty usługowe oraz lokale gastronomiczne. Tutaj były salony najbardziej poszukiwanych wówczas marek odzieży, takich jak: „Telimena”, „Próchnik”, „Moda Polska” i inne. Unikatowy w skali kraju zespół secesyjnych, bogato zdobionych kamieniczek ciągnących się wzdłuż ul. Piotrkowskiej był w tamtym okresie zaniedbany, więc nie robił na przyjezdnych większego wrażenia.

 

Reklama

„Ziemia obiecana” dziś

Obecnie ulica Piotrkowska – po rewitalizacji, podobnie jak sopocki „Monciak” – stała się wizytówką Łodzi. Utworzono na niej jeden z najdłuższych miejskich deptaków na świecie. Mieści się przy niej wiele sklepów, pubów, restauracji, instytucji kulturalnych czy kościołów. Przez ostatnie dwadzieścia lat w mieście zaszło wiele zmian i uległo ono ogromnym przeobrażeniom. Polskiego Manchesteru, nazwanego w powieści Reymonta „ziemią obiecaną” w zasadzie już nie ma, bowiem miejscowy przemysł tekstylny uległ niemal całkowitej likwidacji w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku. Mimo, że funkcjonuje jeszcze kilkanaście zakładów przemysłu lekkiego, jak choćby słynna fabryka nici „Ariadna” czy producent dywanów „Dywilan”, to śladów po dawnej, przemysłowej świetności metropolii nad Łódką można ze świecą szukać.

Poprzemysłowe artefakty, maszyny stanowiące wyposażenie dawnych zakładów można oglądać tylko i wyłącznie w muzeach. Gigantyczne tkalnie, przędzalnie, farbiarnie, będące przez ponad sto lat dumą łodzian, zniknęły z miejskiego pejzażu. Budynki zburzono lub też adaptowano do potrzeb handlowych, bądź mieszkalnych, dzięki czemu niektóre ocalały. „Miasto fabryk i kominów” ze słów przepięknego „Walczyka o Łodzi” już nie istnieje.

Reklama

Jedynym łącznikiem między minioną świetnością a teraźniejszością jest popularna pieśń Stanisława Moniuszki, skomponowana do słów dziewiętnastowiecznego poety i etnografa Jana Czeczota pt. „Prząśniczka”, ustanowiona w 1988 roku miejskim hymnem. Chociaż jej rodowód nie ma nic wspólnego z Łodzią, to uznano, iż to właśnie ona najprecyzyjniej odzwierciedla dawny przemysłowy klimat i duszę miasta. Dzisiaj można wysłuchać tej melodii na żywo, bowiem jest odtwarza codziennie z wieży zabytkowego ratusza, znajdującego się przy Placu Wolności. To stąd rozpoczyna swój bieg ul. Piotrkowska, a kończy przy Placu Niepodległości, gdzie swoją siedzibę miał najbardziej niegdyś popularny dom handlowy „Uniwersal”, jeden z nielicznych obiektów w Polsce posiadający w tamtych czasach ruchome schody.

Dodatkowym efektem deindustrializacji jest gwałtowny spadek liczby mieszkańców. Do niedawna niemal milionowa aglomeracja liczy obecnie niecałe siedemset tysięcy mieszkańców i plasuje się za Krakowem i Wrocławiem. Czy zatem warto tutaj przyjechać? Współczesnemu, coraz bardziej wymagającemu turyście, którego trudno zadowolić byle czym, ciężko udzielić właściwej odpowiedzi na to pytanie.

Reklama

 

Współczesne atrakcje miasta

Furorę wśród gości z innych miast, a szczególnie wśród młodzieży, robi oddane kilka lat temu do użytku Orientarium w Łódzkim Ogrodzie Zoologicznym.

[paywall]

Jest to olbrzymi pawilon prezentujący faunę i florę Azji Południowo-Wschodniej, w którym egzotyczne gatunki zwierząt i roślin można podglądać z trzech poziomów. Szczególnym magnesem jest podwodny tunel umożliwiający obserwację siedmiu różnych oceanicznych ekosystemów zapełnionych ponad tysiącem ryb i innych morskich zwierząt. Obok Zoo funkcjonuje ogromny Aquapark oferujący z roku na rok coraz to nowe atrakcje. W kompleksie turystyczno-rekreacyjnym leżącym na terenie kilkusethektarowego parku „Zdrowie” mieści się także rozległy ogród botaniczny.

Reklama

Warto zajrzeć do śródmieścia, gdzie poczuć można ducha przeszłości. Do dziś zachowało się tutaj wiele willi i pałaców, należących do łódzkich fabrykantów, które są architektonicznymi perełkami wpisanymi na listę zabytków. Upaństwowione po II wojnie światowej były i są nadal siedzibami rozmaitych instytucji kulturalnych, urzędów, przedszkoli, szkół czy muzeów. Na uwagę zasługuje choćby neobarokowy pałac jednego z najbogatszych łódzkich przemysłowców Izraela Poznańskiego przy ul. Zachodniej, w którym mieści się obecnie Urząd Skarbowy i Muzeum Historii Miasta Łodzi. Warto go obejrzeć ze względu na to, że jest największym pofabrykanckim pałacem w Polsce i w dodatku pięknie zdobionym wewnątrz i na zewnątrz. Przy Placu Zwycięstwa, w rezydencji należącej niegdyś do Karola Scheiblera – nazywanego „królem bawełny”, od 1986 roku działa jedyne w Polsce Muzeum Kinematografii.

Osobom pragnącym poznać historię miasta warto polecić wyjątkowe muzeum utworzone w pałacyku przy ul. Przędzalnianej, będącym dawniej własnością Matyldy i Edwarda Herbstów. Dzieje tej fabrykanckiej rodziny nierozerwalnie związane są z losami Łodzi. Rezydencja powstała około 1875 roku, w okresie prosperity, kiedy to na terenie miasta powstało niemal jednocześnie kilkanaście gigantycznych kompleksów fabrycznych. Karol Schreiber, Niemiec przybyły do Łodzi z Belgii, był w tamtym okresie jednym z najbogatszych łódzkich przemysłowców. Posiadał wielopiętrową przędzalnię i tkalnię w dzielnicy zwanej Księżym Młynem oraz szereg innych zakładów. Neorenesansowy pałacyk mieszczący obecne muzeum wybudował w prezencie ślubnym dla swojej córki, Matyldy, która wyszła za mąż Edwarda Herbsta. Ten absolwent Warszawskiej Szkoły Handlowej był wówczas głównym inżynierem w przemysłowym imperium Scheiblera.

Reklama

Herbst jest typowym przykładem szybkiej kariery, którą zrobił w zakładach swojego teścia, zostając z czasem ich dyrektorem i jednym z głównych współudziałowców. Wywodził się ze spolonizowanej niemieckiej rodziny kupieckiej osiadłej w Radomiu. Awans osiągnął dzięki własnej przedsiębiorczości, pracowitości i wiedzy. Zwiedzając ten pełen przepychu pałac, można zobaczyć, jakich fortun dorabiali się łódzcy przemysłowcy przetwarzający bawełnę. Łódź nadawała się do tego celu wyśmienicie z kilku względów. W okolicy przepływało wiele wartkich, choć niewielkich strumieni, umożliwiających rozwój wodochłonnego przemysłu. Dużo też było taniej siły roboczej. Pracownicy zakładów tekstylnych wywodzili się bowiem z leżących w okolicy przeludnionych wiosek, gdzie panowało wysokie bezrobocie. Zniesienie granicy celnej Królestwa Polskiego (dawnego zaboru rosyjskiego) z Rosją otworzyło przed rzutkimi przedsiębiorcami nieograniczony, wielomilionowy rynek zbytu na wyroby włókiennicze, a jednym z ich stałych odbiorców była carska armia.

 

Reklama

Pałac Herbstów

Pałac Herbstów jest budowlą jednopiętrową, odznaczającą się wyczuciem proporcji, smakiem i elegancją. Pokoje w czasach pierwszych właścicieli urządzone były wygodnie i funkcjonalnie. Na parterze znajdowały się pomieszczenia i salony reprezentacyjne, takie jak: sala balowa, jadalnia, gabinety, salon myśliwski, lustrzany i inne, wszystkie urządzone na pokaz z ogromnym przepychem. Do pałacu przylegała oranżeria wykorzystywana obecnie jako kawiarnia. Piętro zajmowały pokoje przeznaczone dla członków rodziny i ich gości. Aranżując muzeum, starano się zachować podobieństwo większości pomieszczeń do oryginalnych.

Pałac położony jest w ogrodzie, w którym w czasach Herbstów znajdowała się piętrowa oficyna gospodarcza z kuchnią, spiżarnią i garażami na parterze oraz pokojami dla pracowników na piętrze. Oddzielny budynek z wieżyczką przeznaczony był na powozownię i stajnię. Obecnie znajduje się w nim Galeria Sztuki Dawnej z arcydziełami malarstwa polskiego dwudziestego i dziewiętnastego wieku.

Reklama

Historia Łodzi nie jest czarno-biała, czego dowodzi biografia rodziny Herbstów. W literaturze i filmach Łódź przedstawiana jest często jako miejsce bezwzględnego wyzysku robotników, w którym nie przestrzegano elementarnych zasad bezpieczeństwa i higieny pracy we współcześnie rozumianym sensie, a przemysłowców jako bezwzględnych krwiopijców i wyzyskiwaczy. Po części jest to prawda, bowiem miasto zasłynęło w przeszłości jako gniazdo czerwonego proletariatu, było też znaczącym ogniskiem rewolucji 1905 roku i robotniczych strajków. Jednakże jest to tylko jedna strona medalu. Drugą jego stronę dostrzegamy i doceniamy obecnie, po latach spacerując uliczkami Księżego Młyna, olbrzymiego wielohektarowego kompleksu fabryczno-mieszkalnego utworzonego w drugiej połowie dziewiętnastego wieku.

 

Reklama

Spuścizna Karola Schreibera

Za namową swojego prywatnego lekarza, doktora Karola Jonschera, Karol Schreiber w 1884 roku oddał do użytku w pobliżu swoich zakładów istniejący do dziś, najnowocześniejszy w ówczesnym zaborze rosyjskim, wielooddziałowy szpital dla robotników i ich rodzin. Szpital przy obecnej ul. Milionowej przyjmował też pacjentów innych łódzkich fabryk, których właściciele partycypowali dobrowolnie w kosztach jego utrzymania. Posiadał, co było ewenementem w tamtej epoce, oświetlenie elektryczne, nowoczesne toalety, ciepłą i zimną wodę oraz nowoczesny sprzęt medyczny, laboratoria, kuchnię i pralnię.

Schreiber wybudował też wielkie zakładowe osiedle dla pracowników, z mieszkaniami o wysokim jak na tamte czasy standardzie oraz niewielkimi ogródkami. Powstał też służący rekreacji i wypoczynkowi kilkunastohektarowy park-ogród z altaną i sceną koncertową. Ze względu na podmokły teren i liczne źródła nazwano go Parkiem Źródliska.

Reklama

Jest to pierwszy publiczny park łódzki. W 1956 roku otwarto w nim Palmiarnię, którą warto obejrzeć, ponieważ mieści niemal cztery tysiące egzotycznych roślin z całego świata. Zaczątkiem zbiorów były prywatne oranżerie łódzkich przemysłowców pozostawione bez opieki po II wojnie światowej. Przy osiedlu robotniczym funkcjonowały sklepy, apteka, przedszkole i bezpłatna szkoła, a w sąsiedztwie bazar. Podobne kompleksy mieszkalne budowali także inni więksi łódzcy fabrykanci, m.in. Izaak Poznański.

Matylda i Edward Herbstowie mieli czworo dzieci. Jedno z pomieszczeń na piętrze należało do ich córki, Anny Marii Charitas, która zmarła w czerwcu 1899 roku w wieku niespełna dziesięciu lat na gruźlicę. Jej śmierć była ogromną traumą dla rodziców, którzy postanowili wówczas nazwać jej imieniem sfinansowany w większości z własnych funduszy dziecięcy szpital chorób płucnych. Łódź była wówczas miastem wielonarodowościowym, zamieszkiwali ją oprócz Polaków, Niemcy, Rosjanie, Żydzi, a także Czesi. Herbstowie zastrzegli w akcie fundacyjnym prawo do korzystania ze szpitala przez pacjentów wszystkich narodowości i wyznań. Ustanowili też fundusz, z którego odsetki pozwalały na funkcjonowanie tej instytucji w kolejnych latach. Co prawda po II wojnie światowej nowym patronem szpitala został doktor Janusz Korczak, niemniej placówka ufundowana przez Herbstów funkcjonuje do dziś.

Reklama

W okresie międzywojennym Szpital Anny Marii otrzymał w darze od małżeństwa Herbstów ośrodek sanatoryjny położony w podłódzkim letnisku Sokolniki. Byli też fundatorami katolickiej świątyni w dzielnicy Górna, która otrzymała za patronkę świętą Annę. Szpital pediatryczny czy kościół św. Anny nie są jedynymi pamiątkami po rodzinie Herbstów, które po dziś dzień służą mieszkańcom miasta. Herbstowie z kilkoma innymi łódzkim fabrykantami partycypowali także w budowie katedry rzymsko-katolickiej pw. św. Stanisława Kostki przy ulicy Piotrkowskiej. Dofinansowywali też wiele innych łódzkich świątyń katolickich, pomimo że sami byli luteranami. Z inicjatywy Herbsta, który był członkiem łódzkiego Zgromadzenia Kupców, na początku dwudziestego wieku powstał nowoczesny betonowy budynek przeznaczony na potrzeby szkoły handlowej, z centralnym ogrzewaniem, dwudziestoma salami wykładowymi, kilkoma aulami, laboratoriami, czytelnią i biblioteką. Obecnie budynek wykorzystywany jest na potrzeby Uniwersytetu Łódzkiego.

Oprócz Muzeum Herbstów warto zwiedzić cały kompleks Księżego Młyna, obejrzeć fabrykę Szeiblera, która po rewitalizacji przekształcona została na lofty, czyli nowoczesne apartamenty mieszkalne, przespacerować się ulicą Przędzalnianą wzdłuż której ciągnie się robotnicze osiedle, obecnie poddawane intensywnej rewitalizacji, odpocząć w parku Źródliska czy zajrzeć do Palmiarni. Osoby pragnące poznać warunki pracy w dawnych łódzkich fabrykach powinny zwiedzić również Centralne Muzeum Włókiennictwa, mieszczące się w dawnym fabrycznym kompleksie „Białej fabryki” Ludwika Geyera, powstałym na początku dziewiętnastego wieku. Przedsiębiorstwo było pierwszą tak wielką inwestycją w Łodzi, w której wówczas dominowały rodzinne warsztaty tkackie lub manufaktury zatrudniające co najwyżej kilkudziesięciu pracowników. Zakład Geyera był pierwszym całkowicie zmechanizowanym łódzkim przedsiębiorstwem z własną maszyną parową.

W muzeum jest kilka różnotematycznych wystaw stałych, prezentujących procesy produkcji w łódzkich fabrykach, technologie stosowane przy wyrobie materiałów, rodzaje uzyskiwanych tkanin oraz zmieniające się łódzkie mody od czasów dawnych, aż po współczesność. Jedną z najciekawszych ekspozycji jest mieszcząca się na parterze dziedzińca „Sala maszyn w ruchu”, w której „na żywo” można zapoznać się z realiami pracy tkaczek. Kobiety stanowiły większość załóg dziewiętnastowiecznych koncernów bawełnianych. Co godzinę uruchamiane są zabytkowe stu- i dwustuletnie krosna, będące niegdyś na wyposażeniu łódzkich fabryk. Gigantyczny hałas wywołany przez zaledwie kilka pracujących maszyn, wszechobecny zapach smarów i unoszącego się pyłu pozwala zrozumieć, w jak ciężkich warunkach pracowały łódzkie włókniarki. Ktoś, kto nazwał dawno temu tę gałąź gospodarki „przemysłem lekkim”, uczynił to chyba bez gruntownego zapoznania się z tematem.

 

Tekst i fot. Ewa i Bogumił Liszewscy

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości