Gdy łowię na „koguty”, rzadko zdarza mi się stracić rybę podczas holu. Sandacze atakują je z furią i chwytają o wiele pewniej niż jakąkolwiek inną sztuczną przynętę. W 95% ataki następują podczas opadu. „Kogutem” wyciąga się sandacza z kryjówki, niejako zmusza się go do zaatakowania zdobyczy. Natomiast przynęty miękkie, tzw. gumki, są skuteczne wtedy, kiedy się je precyzyjnie poda sandaczowi pod pysk, przy czym jego reakcja to nie zawsze jest chęć pochwycenia ofiary, często chodzi o odgonienie rywala lub intruza. Melioracja, jak nazywam spinningowanie „kogutem”, to ustawiczne bicie o dno, przewracanie kamieni, przesuwanie ciegieł. I tak tej przynęty należy używać. Żmudna i ciężka to praca, nie każdy ją lubi, ale owoce są warte tego trudu. „Kogut” nie nadaje się do klasycznego prowadzenia, bo wtedy w ogóle nie pracuje, jego pióra się sklejają i płynie martwo.
Po zarzuceniu „koguta” wędkę trzymam pod kątem 45 stopni do lustra wody, gdy jest flauta – trochę niżej. Czekam aż przynęta, swobodnie opadająca na naprężonej żyłce lub plecionce, dosięgnie dna. Gdy wyczuję stuknięcie, podrywam ją mocnym, 1,5 metrowym wymachem wędziska za głowę i równocześnie kręcę kołowrotkiem. Przy klasycznym przełożeniu 1:5 dwa obroty korbką wystarczą, aby wybrać luz powstały po powrocie kija do pozycji wyjściowej. Przynęta znów może opadać na naprężonej żyłce. To ideał, do którego rzecz jasna trzeba dążyć. Jednak przy wietrze, zwłaszcza bocznym lub silnym, żyłka nieznacznie wiotczeje. Należy to likwidować dodatkowymi obrotami kołowrotka, a nie wyższym uniesieniem kija, bo stracimy całkowicie kontakt z przynętą.

Opracowanie i fot. Andrzej Konowrocki
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze