Sandacze są najpewniejszą zdobyczą w dużych zbiornikach zaporowych, takich jak np. Turawa czy Mietków, gdzie najczęściej wędkuję. Stado jest liczne, a w grupie te drapieżniki są bardziej agresywne niż w pojedynkę i nawet przy beznadziejnym żerowaniu udaje się któregoś sprowokować do ataku. Na rozległym łowisku mam w czym wybierać. Jednego dnia mogę odwiedzać miejsca o zupełnie odmiennych właściwościach. Nie bierze na południu, płynę na zachodni brzeg; w jednym rejonie woda jest cieplejsza, w innym chłodniejsza. Mały zbiornik to jak słoik, wszystko jest jednolite, temperatura wszędzie taka sama. Są okresy wspaniałych brań, ale bywa też, że przez długie tygodnie nie można złowić żadnego sandacza. W czerwcu sandacze spotykałem w całym zbiorniku. W większości są jeszcze na tarliskach – dwumetrowych płyciznach o twardym dnie lub w pobliskich karczach. Po tarle jakiś czas żerują w płytkiej, cieplejszej wodzie, bo tam gromadzi się dużo drobnicy. Ale większość to nie znaczy, że wszystkie. Niektóre dość szybko spływają do kryjówek znajdujących się na głębokości od 4 do 5 metrów, najczęściej w pozostałościach po zatopionych lasach, czasem na czystych blatach lub w drobnych korzeniach. Poziom wody w zbiornikach często się waha, zwłaszcza wiosną. Kiedy spada, sandacze wędrują, zatrzymując się w zagłębieniach i nieckach. Jeżeli natomiast woda przybiera, wypływają na nowo zalane obszary. Jedynie przy stałym poziomie zostają w jednym rejonie przez dłuższy czas.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze