Pojechaliśmy w trójkę. Ja, mój kolega Sławek i Zbyszek – który nieoczekiwanie, w ostatniej chwili dołączył do nas jako protegowany Sławka w miejsce Wieśka, który tym razem musiał zrezygnować z trociowej wyprawy. Zbyszka w ogóle nie znałem, co zresztą na samym początku nie miało dla mnie praktycznie żadnego znaczenia, nie pierwsza to i nie ostatnia nowa – zwykle jednorazowa, twarz w naszym stałym trociowym zespole. Pogoda była zachęcająca – od kilku dni utrzymywał się ciepły, wilgotny, pochmurny niż, z temperaturą powietrza oscylującą za dnia w granicach zera stopni Celsjusza. Woda w rzece wykazywała wprawdzie tendencję spadkową, ale utrzymywała stan średni i co najbardziej nas cieszyło – była lekko podmętniona. Wszystko więc przemawiało za tym, że wyprawa będzie udana i połowimy. Nasze wyśmienite nastroje nieco tylko tłumił zupełnie niespodziewany jak na pierwszą połowę lutego wzmożony ruch nad wodą. Okazało się, że wędkarze jednego z pomorskich miast zorganizowali sobie zbiorowy, towarzyski, sobotni trociowy wyjazd i najechali rzekę dwoma autobusami. Zgroza! Mamy więc zapewnione towarzystwo ponad planowej setki wędkarzy na tym odcinku rzeki. Nawet pierwszego dnia styczna, podczas inauguracji tegorocznego trociowo-łososiowego sezonu, nie przewinęło się po tym odcinku rzeki tylu wędkarzy. Ponieważ nie lubimy łowić w tłoku, zdecydowaliśmy się ze Sławkiem iść w las, w górę rzeki, licząc, że tam dotrą tylko nieliczni wędkarze. Zbyszek natomiast postanowił zostać na miejscu. Umówiliśmy się wobec tego, że ponownie spotkamy się przy samochodzie, gdy zacznie zmierzchać i bez skrupułów rozdzieliliśmy się, życząc sobie przysłowiowego „połamania wędki”.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze