Wieczorem zadzwonił Sławek: Cześć Andrzeju, chcemy jutro popływać po zbiorniku Jastrowskim za sandaczem i szczupakiem. Pomyślałem, że może byś nas poprowadził, znasz przecież świetnie tę wodę… Na biurku, sofie, krzesłach i podłodze zalegał w nieładzie wędkarski podlodowy ekwipunek. Właśnie zamierzałem go przejrzeć, uporządkować i przygotować do pierwszego wyjścia na lód. Wszystko bowiem wskazywało na to, iż mający nadejść lada dzień tęgi mróz, w krótkim czasie pokryje grubą warstwą lodu pomorskie jeziora i zbiorniki zaporowe. Czy ten Sławek z choinki się urwał… Teraz, kiedy temperatura powietrza oscyluje około zera stopni i nad wodą chłód i wilgoć, a przy brzegach już kilkumetrowy pas cienkiego lodu, on chce popływać. Przecież to istne szaleństwo. Zgodziłem się jednak, no bo jakże to tak, kiedy prosi. W nocy lekki mróz. Ranek zgniły, wilgotny, mglisty. Termometr wskazuje zero stopni Celsjusza. Ziemia pokryta kilkucentymetrową warstwą śniegu. Czarna – sprawiająca wrażenie jakby gęstej, oleistej zawiesiny – woda zbiornika ostro kontrastowała z bielącymi się brzegami. Wokół wszystko osnute kłębami mleczno-szarej mgły. Karkołomne wodowanie łodzi z wysokiego, śliskiego, zaśnieżonego brzegu. Przebijanie się przez przybrzeżną taflę lodu. I wreście płyniemy. Sławek z Janem jedną łodzią, ja drugą. Pierwsze dwa kwadranse nic się nie dzieje. Nagle jakieś poruszenie na łodzi przyjaciół. Okazuje się, że Jan zaciął i holuje teraz swojego pierwszego w wędkarskiej profesji sandacza.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze