Zdarzyło mi się ostatnio spędzić nieco czasu w jednym z warszawskich empików. Niezwykłe wrażenie robi duża ilość młodzieży szukającej książek. Młodzi przeglądają półki z książkami, dyskutują o książkach, opowiadają, wymieniają się doświadczeniami czytelniczymi, czytają na miejscu. Kiedy się patrzy na takie widoki, trudno uwierzyć, że z czytaniem jest u nas dosyć marnie. Jakaś część młodzieży czyta, kocha czytanie, choć wciąż jest to odsetek nieznaczny. Władza zresztą dwoi się i troi, żeby ten stan zmienić. Stąd poszły duże pieniądze na zakup książek do bibliotek szkolnych w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Dzięki niemu młodzi mogą sięgnąć po nowo wydane publikacje naukowe i literackie. Mogą nie tylko czytać, ale także w ramach projektu dzielić się wrażeniami z lektury, zachęcając na różne sposoby swoich rówieśników do przeczytania tych samych książek. Poprzednia władza zniechęcała do czytania na różne sposoby, głównie konstrukcją matury, niewymagającej szczególnego czytania, a także, i to przede wszystkim, słabymi, tandetnymi, odpychającymi podręcznikami.
Nowa władza może wiele zmienić w tej dziedzinie, jeżeli dostrzeże ten problem i uczyni jednym z elementów naprawy szkoły także naprawę podręcznika, szczególnie do literatury, ale też i do historii oraz innych przedmiotów, aby podręcznik zachęcał do czytania i obcowanie z książką, a nie odpychał jak dotychczas – dwukolumnowym układem tekstu, natrętnie lakierowanym papierem, na którym przesadnie drobny druk jest całkowicie nieczytelny, a przede wszystkim dwoma skrajnymi błędami popełnianymi nagminnie w podręczniku – infantylizacją treści albo ich groteskowym przeintelektualizowaniem oraz nadmiarem tabel, ramek, wykresów, okienek, ilustracji. Na ten element planowanej reformy patrzę z największym niepokojem. Jeśli władza nie odda, jak poprzednicy, tworzenia podręcznika wydawnictwom i pożal się Boże „ekspertom”, tylko sama powoła odpowiednie instytucje w tym zakresie, ma szansę coś dobrego zrobić.
W ujawnionych w minionym tygodniu projektach podstaw programowych widać pewne pozytywne tendencje, ale widać też zjawiska niepokojące. Jest w miarę staranny dobór tekstów lekturowych do szkoły podstawowej, i nacisk na zarzucone już całkowicie w szkole pamięciowe przyswajanie fragmentów utworów z ćwiczeniem recytacji. Ale niepokoi całkowita nieobecność na liście lektur książek na temat dawnej, piastowskiej, jagiellońskiej, przedrozbiorowej historii Polski. Ale i tego można się było spodziewać. Ta władza poza historiami Żołnierzy Wyklętych nie widzi żadnej innej historii, a polska tradycja powieściowa w tym zakresie jest przebogata i pozwala do każdego etapu rozwojowego dziecka dopasować odpowiednie pozycje lekturowe – czy to z twórczości Walerego Przyborowskiego, czy Józefa Ignacego Kraszewskiego, Zofii Kossak-Szczuckiej, Karola Bunscha, czy z nowszych pisarzy – Jacka Komudy albo Elżbiety Cherezińskiej. Brak tych pozycji na liście lektur do szkoły podstawowej jest albo wyrazem złej woli, albo zwykłej ludzkiej ignorancji osób odpowiedzialnych za kształt szkolnego kanonu, wynikającej po prostu z ich nieuctwa. Dużo władza trąbi o potrzebie kształtowania poczucia tożsamości narodowej. Czy można to zrobić bez udziału powieści historycznej? Nie wierzę!
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze