Kto 4 czerwca oglądał transmisję uroczystości, jakie z okazji wyborów z 1989 roku odbywały się w Gdańsku, szybko musiał się zorientować, że nie są to uroczystości ogólnopaństwowe, tylko konwencja partyjna sił reprezentujących tę część obecnej opozycji, która w niedawnych wyborach występowała pod szyldem Koalicji Europejskiej, a w roku 89 tworzyła zręby nowego państwa. Spotkali się tam „ludzie wolni”, ładnie ubrani, dobrze odżywieni, sami beneficjenci epokowych przemian, jakie zaczęły się w naszym kraju w latach 80. XX wieku, którzy nadal okazują sobie godną podziwu solidarność, według scenariusza ustalonego w tamtych pamiętnych dniach. Nie było tam szaraczków żyjących po tych przemianach za pensję minimalną czy głodową emeryturę, albo wegetujących na bezrobociu, dla których mimo żywej obecności w przestrzeni publicznej haseł „wolności i solidarności” zabrakło godnego miejsca w nowej rzeczywistości i których jeszcze dziś za niewłaściwe głosowanie „ludzie wolni” nazywają „ciemnym ludem” albo „hołotą”.
G odna podziwu jest ta trwająca już 30 lat solidarność dawnych funkcjonariuszy i „konstruktywnych” opozycjonistów, ubeków i ich konfidentów. Kłania się przenikliwy Orwell z finału „Folwarku Zwierzęcego”. Złośliwcy mówią, przynajmniej w Internecie, gdzie wciąż więcej jest wolności niż w realnej rzeczywistości, i to bynajmniej nie z powodu obecnej władzy, że ten dzień 4 czerwca to nie tylko dzień reglamentowanej wolności, ale i prawdziwy „dzień solidarności konfidentów”. Nie dziwi zatem ogłoszona z okazji gdańskich obchodów „Deklaracja wolności i solidarności”, skonstruowana przez beneficjentów transformacji, którym obecna władza mocno nadszarpnęła nerwy. Nic dziwnego, że autorzy tej dziwnej deklaracji, ci sami, którzy jeszcze paręnaście dni temu wyborców nazywali „czernią”, zadeklarowali, że chcą „odnowy życia publicznego, lepszej polityki, demokracji bez sporów pełnych nienawiści”, bo przed nami kolejne wybory i trzeba jakoś tę dziką „czerń” obłaskawić, przynajmniej gładkimi słówkami, kiedy naprawdę już nie ma czym.
C zy ta „czerń” uwierzy też w okrągłe słówka o „solidarności”, skoro nie wiadomo, jaką solidarność mają na myśli autorzy deklaracji? Czy tę, która jako następstwo obrad okrągłego stołu miała chronić PRL-owskich notabli, czy tę prawdziwą, ogólnoludzką, powszechną, która stała się w III RP wartością najbardziej poniżoną spośród tych, które powypisywano na sztandarach tamtej rewolucji? I to mimo tego, że program tamtych przemian układały wielkie rewolucyjne intelekty, posiłkujące się ponoć nauczaniem samego Jana Pawła II, a nawet „etyką solidarności” ks. prof. Józefa Tischnera. Obfitość afer gospodarczych i finansowych, zgoda na to, by one kształtowały nasz kapitalizm, czego skutkiem stały się nieustanne niedostatki budżetu, świadczą właśnie o tym, że zabrakło ducha prawdziwej solidarności, że najsłabszym ogniwem naszej transformacji okazała się moralna kondycja społeczeństwa, w tym kształtujących je elit politycznych i gospodarczych. I tak pozostało do dziś. W tym kontekście zrodzona naprędce gdańska deklaracja wolności i solidarności, kolejne koniunkturalne ogniwo toczącej się kampanii wyborczej, nie brzmi autentycznie. A szkoda, bo niczego bardziej niż prawdziwej odnowy moralnej nie potrzebuje nasze społeczeństwo. Drogi i sklepy już mamy.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze