Ze względu na swoje położenie Australia, nawet w czasach, gdy globalizacja przyspieszyła, pozostała dla wielu Europejczyków odległym i bardzo egzotycznym lądem. Przekonanie to bynajmniej nie jest błędne, gdyż aby dostać się do Australii, musimy zaplanować podróż z przesiadką, która zajmie co najmniej dobę (w XIX wieku byłoby to ok. 2-3 miesiące, zatem świat bardzo się skurczył). Jednak warto odbyć tę podróż, bo Australia kusi turystów niesamowitymi widokami (np. czerwona góra Aborygenów Uluru), dziwnymi zwierzętami (kangury, misie koala i mieniąca się tysiącem kolorów rafa koralowa), perełkami architektonicznymi, takimi jak znany wszystkim budynek opery w Sydney oraz międzynarodową kuchnią, która ma w sobie elementy kuchni chińskiej, tajskiej, indyjskiej i oczywiście europejskiej. Najbardziej rozpoznawalnym australijskim deserem jest pavlova, czyli beza z kremem śmietankowym i świeżymi owocami. Podobno po raz pierwszy podano go w Sydney primabalerinie o światowej sławie Annie Pawlowej, kiedy poprosiła o „coś lekkiego”. Przepis na poniższy deser pochodzi z książki „Australian Food” Billa Granger’a właściciela niewielkiej restauracji w Sydney.
Pavlova z mango, marakują i jogurtowym kremem
Skład:
beza
jogurtowy krem
Wykonanie:
Do suchej miski przelewamy białka i ubijamy ze szczyptą soli na gęstą pianę. Następnie powoli wsypujemy cukier i kontynuujemy ubijanie – tak długo, aż cukier się rozpuści (w masie bezowej nie powinny być wyczuwalne kryształki cukru). Na koniec wlewamy sok z cytryny i jeszcze chwilę ubijamy. Gotowa masa bezowa powinna być gęsta i lśniąca. Na wyłożoną papierem do pieczenia blachę wykładamy porcje masy bezowej i formujemy bezy w kształcie gniazd. Bezy suszymy w piekarniku rozgrzanym do 120 st. C przez ok. pół godziny, po tym czasie obniżamy temperaturę do 90 st. C i kontynuujemy suszenie przez godzinę. Po tym czasie bezy powinny być gotowe i z łatwością odchodzić od papieru do pieczenia (jeśli bezy nadal są mokre, to suszymy je do momentu, gdy można je swobodnie przesuwać na blasze). Do miski wlewamy kremówkę i ubijamy ją z cukrem waniliowym na gęstą pianę. Stopniowo wsypujemy utrwalacz do śmietany. Ubitą śmietanę delikatnie łączymy z jogurtem o smaku mango. Gotowy krem przekładamy do lodówki. Obieramy mango i kroimy miąższ na plasterki (miąższ mango zawsze przylega do pestki, stąd musimy go odkrawać), przekrawamy marakuję i za pomocą łyżeczki wyciągamy miąższ. Na bezowe ciastko układamy porcję jogurtowego kremu, układamy plasterki mango i zdobimy całość miąższem marakui oraz płatkami migdałowymi.
Marakuja, czyli męczennica jadalna, to roślina, która pochodzi z Ameryki Południowej. Nazwa marakuja pochodzi od słowa brazylijskich Indian, które oznacza „coś, co się je jednym haustem”. Natomiast nazwa męczennica została roślinie nadana przez hiszpańskich misjonarzy, którzy w kwiecie tej rośliny dostrzegli narzędzia męki Chrystusa (koronę cierniową, młotki, gwoździe). W XIX wieku nasiona odmiany fioletowej marakui (tej dostępnej w polskich sklepach) zostały przewiezione do Australii, a następnie Afryki i Ameryki Północnej, gdzie roślina ta odnalazła doskonałe warunki do życia (stąd obecnie gros eksportowanych owoców pochodzi z Afryki). Miąższ marakui jest galaretowaty, bardzo aromatyczny i kwaskowaty. Poza walorami smakowymi posiada wiele właściwości leczniczych, m.in. zmniejsza stres, obniża ciśnienie, zmniejsza ból i leczy kaszel. Zatem warto sięgnąć po owoc, który nie tylko wspaniale smakuje, ale też koi wszelkie bóle ciała i duszy.
dr Izabela Chudzyńska
etnolog, antropolog jedzenia
Fot. Piotr Chudzyński
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze