
- Towarzyszyłam panu jeszcze w Narodowym, odkrywając na nowo cały repertuar romantyczny. Przyznaję, że wielkie było moje zdziwienie, kiedy po latach, w Teatrze Nowym, zaczął Pan pracę nad Moralnością Pani Dulskiej. Hanuszkiewicz i Zapolska – tego się nie nosiło?
- Nie tylko panią zdumiałem.
Mnie się wydaje, że ja zawsze, żyjąc w określonej epoce, w czasie politycznym również, wystawiałem sztuki, które były bardziej lub mniej arcydziełami, robiłem zawsze dobrą literaturę i sądzę, że nie zdarzył mi się nigdy literacki kicz. Takim ważnym przedstawieniem jest dla mnie „Dulska”. Ta literatura dramatyczna traktuje o stłumionym erotyzmie w tym zaścianku polskim, w tym naszym Iranie sprzed stu lat. To Zapolskiej zarzucano sto lat temu wyuzdanie erotyczne. Teatry tego nie grały, bo się bały lub wstydziły. Ciemnogród, ciągle Ciemnogród – wtedy uzasadniony – a teraz?
- Czyli „Dulska” to jeden z pańskich tematów tabu i konsekwentna ciągłość artystyczna, mówienie o współczesności przez wielkie dzieła?
- Tam – w „Kordianie”, Nie-boskiej czy „Dziadach” był temat narodowości, polskiej historii, polskich losów. A teraz tematem tabu jest seks.
- Forma tego przedstawienia jest również z ducha wcześniejszych przedstawień. Już Nardelli – Kordian śpiewał z mikrofonem na drabinie piosenki do muzyki beatowej; przy Büchnerowskim „Dantonie” grali muzycy Kurylewicza o jeansach i sweterkach; Goplana wjeżdża na Hondzie. Do romantycznych inscenizacji wprowadził pan środki techniczne zaczerpnięte z wieku XX?
- We wszystkich moich spektaklach była muzyka. Jedyne przedstawienie, które zrobiłem bez muzyki, to „Miesiąc na wsi”, ale w najnowszej inscenizacji znowu jest.
- Wyznał pan kiedyś, że robiąc przedstawienie, dopiero podążając za tekstem można poznać jego tajemnicę, ale nie prędzej niż na premierze?
- To prawda.
- Czy aktorzy pracujący pod pana kierunkiem mogą liczyć na pochwały?
- Czasem zdarza się coś takiego jak tu, w płockim teatrze, podczas tańca Hanki, że mnie takie wzruszenie łapie, zaskakuje jakiś moment. Wtedy całuję ją i dziękuję.
Ale z chwaleniem nie należy przesadzać, bo to niebezpieczne. Jeśli aktor ma scenę świetną, to nie daj Bóg jemu powiedzieć, że ta właśnie scena jest najlepsza! Na drugi dzień nie jest w stanie powtórzyć jej w tym kształcie. Tak jak chce Gombrowicz – człowiek nie mówi, człowiek jest mówiony. W ideale aktorskim aktor jest grany, a nie gra. W ten sposób, przyznaję, zniszczyłem kilka scen nie tylko swoim własnym żonom. Praca aktorska to jest proces w gruncie rzeczy podświadomy, reżyseria – też.
- Bardzo trudno zadowolić reżysera, który jest jednocześnie aktorem…
- Nie ma reżyserów dobrych, którzy nie są aktorami.
- Będę oponować.
- Ale to nie są reżyserzy, lecz koordynatorzy pracy. Reżyseria to także pedagogika, a propos…
Zapytano kiedyś Tairowa, która ze sztuk jest najłatwiejsza? – Niewątpliwie reżyseria – odpowiedział, a która najtrudniejsza – oczywiście reżyseria. W Polsce jest 400 reżyserujących, a reżyserów – tak naprawdę może dziesięciu.
- Czy tęskni pan za Narodowym?
- Nie. Nawet mnie to zdziwiło. Coś natomiast zrobiło się tak przy sercu, gdy zobaczyłem płonący Narodowy. Byłem wtedy w Saar Brücken. Pamiętam natomiast, jak pierwszy raz po wyrzuceniu mnie z Narodowego, a minęły już trzy albo cztery miesiące, przejeżdżałem taksówką obok tego teatru. I nic, absolutnie nic. Teatr to są ludzie, nie mury. (…)
Rozmawiała: Lena Szatkowska
Nr 20, 14 maja 1996
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze