Reklama

Felieton – Wiesław Kopeć

21/03/2017 10:25

Dyskusja o reformie edukacyjnej w Towarzystwie Naukowym Płockim, przeprowadzona na dwa tygodnie przed strajkiem pracowników oświaty ujawniła, że ludzi ten problem do żywego obchodzi, ale porozumienie w zasadzie nie jest możliwe. Nie ma też właściwego zrozumienia rzeczywistej sytuacji szkoły, a komplementowanie swoich zasług przez dotychczasowych architektów ustroju szkolnego to jedyny argument na rzecz obrony wadliwego systemu. Dlatego tak rozsądnie zabrzmiały głosy pracowników naukowych szkół wyższych, którzy uzasadniali potrzebę zmian dramatyczną sytuacją uczelni, które otrzymują od blisko dwóch dekad od systemu szkolnego tak bardzo słabo przygotowanych do studiów absolwentów, że bez zajęć wyrównawczych, bez oddziałów „zerowych”, szczególnie z przedmiotów ścisłych, nie są w stanie prowadzić zajęć. Jakie mogą być tego przyczyny? Ktoś uczy źle na wcześniejszych etapach kształcenia. I nie chodzi nawet o to, że źle uczy jakiś konkretny nauczyciel, grupa nauczycieli, szkoła, czy typ szkoły, defekt tkwi w systemie, który został stworzony pod koniec lat 90.
Wszyscy wiedzą, że problemy zaczęły się właśnie wtedy, kiedy do liceów trafili pierwsi absolwenci gimnazjów. Władza, która zainicjowała tamte zmiany, zdawała sobie sprawę, że będą problemy, dlatego przez kilkanaście kolejnych lat prężyła muskuły, aby stworzyć takie mechanizmy, które pozwolą zatrzeć niemiłe wrażenie, że coś jest nie tak. A to „nie tak” to przede wszystkim fakt, że do szkół kończących się maturą zaczęli trafiać przez „sito gimnazjalne” w dużych ilościach uczniowie niezdolni do sprostania wymaganiom, jakie stawiały dotąd licea. Dlatego zaczęło się trwające dwie dekady psucie liceum, głównie poprzez zaniżanie poziomu wymagań oraz narzucanie takich metod pracy, typów zadań, głównie testowych, które hamowały i wciąż hamują rozwój ucznia, a to w efekcie doprowadziło do spustoszeń na uczelniach wyższych. I dziś stoimy przed wyborem: albo naprawić ten defekt systemu szkolnego, albo ostatecznie zepsuć uczelnie i przykroić je do możliwości współczesnego masowego studenta. Przecież także pod pozorem ich „unowocześnienia” można wymusić obniżenie poziomu wymagań, jak to zrobiono w liceach.
Dlatego chcę zwrócić uwagę na fakt, że wina za degradację oświaty niekoniecznie musi wiązać się z samym powstaniem gimnazjów, ale nie ulega wątpliwości, że psucie szkoły zaczęło się właśnie od tego momentu. Ponieważ jednak w tym samym czasie uruchomiono na poziomie liceów kilka nowych mechanizmów, które wygenerowały ten defekt w postaci kruchego umysłowo studenta, to dziś także możemy być pewni, że zmiana struktury szkolnej nie wystarczy do naprawy szkoły. Musi ona objąć i treści, i metody nauczania (trzeba postawić na wiedzę, a nie tylko na tzw. „umiejętności”), siatki godzin (3-4 godziny języka polskiego i matematyki w nowej szkole to za mało na działania naprawcze), podręczniki szkolne (bardzo słabe ogniwo całego systemu) i wreszcie sposoby egzaminowania oraz rekrutowania na wyższe uczelnie, które w największym może stopniu zepsuły oświatę, wymuszając pewne, hamujące rozwój metody pracy. Aż tyle elementów wymaga szybkiej korekty. Jeśli natomiast skończy się na zmianie struktury, a nawet treści, ale metody uczenia, wymuszone kształtem egzaminów pozostaną te same, to ta reforma się nie uda, a nowy system ugrzęźnie w tych samych problemach, co poprzedni. I skończy się, jak zawsze.

Wiesław Kopeć

Reklama

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości