Kto stawia na bylejakość?
Właśnie parę dni temu „na świadectwach wzbici w radość”, jak pisał poeta, „odlecieli uczniowie” klas trzecich liceów ze swoich szkół, by za parę dni rozpocząć sesję maturalną. Kiedyś mówiło się o maturze „najważniejszy egzamin w życiu”, teraz rzadko komu wyrwie się tak patetyczne sformułowanie. W ciągu parunastu lat skutecznie zdewaluowano rangę tego egzaminu, jak i w ogóle rangę średniego wykształcenia ogólnego. Władze oświatowe na tyle pogubiły się w międzyczasie, że nie ustają w reformowaniu zreformowanego zaledwie parę lat wcześniej systemu oświatowego, wszystko oczywiście po to, by podnieść jakość kształcenia, co do której i tak istnieje powszechne przekonanie, że się obniża. Dorośli nie są w ciemię bici i wiedzą, jak było w szkole, kiedy oni byli uczniami („za komuny” oczywiście). Udawanie, blefowanie, stawianie na bylejakość w systemie edukacyjnym pod pozorem podnoszenia jakości to już nasza specjalność, wobec której obowiązuje zmowa milczenia we wszystkich siłach politycznych i społecznych. Milczą na ten temat jak zaklęci także kandydaci na urząd prezydenta, dlatego nie mam zamiaru poprzeć żadnego.
Nikt nawet nie sugeruje potrzeby podjęcia na ten temat poważnej debaty społecznej. Ważniejsze są grzyby w lasach, śmigłowce dla armii, konwencje unijne, gendery, pigułki antykoncepcyjne, a fundamenty bytu narodu (dziś mówi się: społeczeństwa) w postaci wychowania młodego pokolenia spychane są na dalszy plan. Podniosła myśl Jana Zamoyskiego jakoby takie miały być Rzeczypospolite, jakie jest ich młodzieży chowanie, też przybladła w ostatnich latach i mało kto się poważy ją odkurzyć. Trzeba by się mocno przy tym zawstydzić. Żaden z Prezydentów ostatniej dekady nie zainteresował się na serio krytycznymi głosami, jakie płynęły ze strony rodziców i nauczycieli na temat wprowadzanych w oświacie zmian. Zignorowano setki tysięcy podpisów na wniosku społecznym o referendum w tej sprawie. Sobiepaństwo wybranych przez nas reprezentantów narodu, którzy realizują swoją wizję rozwoju Polski, całkowicie niezgodną z wolą ogromnych rzesz społeczeństwa, jest porażające.
Zdarzyło mi się parę dni temu podczas dorocznej pielgrzymki maturzystów Diecezji Płockiej słuchać na Jasnej Górze wystąpienia Mazowieckiej Kurator Oświaty, pani Doroty Sokołowskiej, która w mocnych słowach życzyła młodzieży, by stawiała na jakość i wszelkimi sposobami unikała bylejakości. To są piękne i słuszne życzenia. Bo kto by chciał leczyć się u byle jakiego lekarza, korzystać z usług byle jakiego prawnika, nauczyciela, czy słuchać nauk byle jakiego biskupa. Pani Kurator, być może całkiem nieświadomie, zapomniała zasugerować młodzieży niechęci także wobec byle jakiego premiera, prezydenta, szefa partii. A przecież i w tej dziedzinie staliśmy się w ostatnich latach zakładnikami bylejakości. W dziedzinie edukacji serwowano nam ją niejako w sposób programowy, systemowy. Począwszy od ustanowienia niskiego pułapu zaliczenia egzaminów (mamy szkołę na 30%), przez tragicznie byle jakie podręczniki szkolne, po byle jakie reguły tychże egzaminów, wyznaczające byle jakie mechanizmy samego kształcenia. Efekty tych byle jakich rozwiązań muszą oczywiście być byle jakie, ale kto się odważy głośno do tego przyznać, kiedy takie są dyrektywy unijne, a my przecież musimy realizować wolę cudzą, nie własną.
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze