Czytać czy nie czytać?
Biblioteka Narodowa opublikowała raport o stanie czytelnictwa Polaków. Nie ma dobrych wieści. Rodacy czytają coraz mniej, czytają byle co. Ponoć aż 19 milionów ludzi w wieku powyżej 15 roku życia w minionym roku nie przeczytało ani jednej książki, żadnego tekstu drukowanego, nawet fragmentu książki. To są ludzie, którzy pozostają, jak to ładnie ujęto, poza kulturą pisma. 10 milionów ludzi nie ma w domu ani jednej książki, nie ma nawyku czytania i posiadania książek. Wielu przyznaje się, że czytało kiedyś tylko w szkole i na studiach. W takim razie wynik tych badań jest miażdżący dla instytucji edukacyjnych i kierujących edukacją (ministerstwo, kuratoria, komisje egzaminacyjne, wydawnictwa, szkoły). Okazuje się, że oferowane od 20 lat metody nauczania oraz podręczniki dwukolumnowe drukowane drobnym maczkiem na kredowym papierze nie są w stanie rozbudzić w ludziach ciekawości czytania, pragnienia rozwoju poprzez czytanie. Wydawcy chcieliby sprzedać jak najwięcej, ale produkują takie podręczniki, które na zawsze odpychają ludzi od książek. Ale związku między jednym a drugim nie widzą. Stworzony przez ministerstwo edukacji system maturalny, obowiązujący przez ostatnich 10 lat, pozwalał przemknąć się przez szkołę i maturę bez czytania.
W jakiejś mierze ten przygnębiający stan rzeczy został (chcący, niechcący?) zaprojektowany w gabinetach urzędników odpowiedzialnych za stan oświaty. Ale oni tego nie zauważą, nie zwiążą problemu z decyzjami, za które powinni wziąć odpowiedzialność. Nikt ich zresztą o to nie będzie niepokoił. Są tylko przecież posłusznymi wykonawcami poleceń z zewnątrz, to po co się czepiać. Kto by tam zresztą zawracał sobie głowę takim drobnostkami wobec spraw tak ważnych jak zainicjowana właśnie kampania wyborcza. Już na starcie okazało się, że szeroki wachlarz kandydatów został tak pomyślany, aby nadawał się dla nieczytających rodaków, dla ludzi, którzy nie stawiają pytań, nie chcą wiedzieć, gapią się w telewizor. Tak wygląda społeczeństwo polskie po 20 latach transformacji, spacyfikowane przez zidiociały i pazerny kapitalizm, zainstalowany z takim zapałem przez „Solidarność” i błogosławieństwem Kościoła. Błogosławić było łatwo, wziąć odpowiedzialność za gnijące społeczeństwo nie łaska?
I jeszcze jeden problem. Czytają częściej ci, którym kondycja materialna na ten komfort pozwala. Większość wystawiona na bezlitosny ucisk na poziomie płacy minimalnej nie ma czasu i nie ma siły. I trudno oczekiwać, żeby głodny i spracowany czytał. Nie tylko czytał, ale żenił się, zakładał rodzinę. Dzisiaj coraz mniej ludzi ma do tego zdolność finansową. Zresztą rząd robi wszystko, aby zatroszczyć się o rodzinę w nowoczesny sposób, to znaczy zapewnić jej odpowiedni pakiet środków gwarantujących bezpłodność po najniższych kosztach, a opozycja mu na to pozwala. Cóż zatem można zaoferować rodzinom, jeśli nie można im zagwarantować dochodów na przyzwoitym poziomie? Legalną aborcję, środki antykoncepcyjne, pigułkę „po”, bezpłodny homoseks, rozwody. Tak wygląda dziś najsprawniej organizowana polityka prorodzinna. Czy od takiego rządu (i takiej opozycji) można oczekiwać, że przejmie się kondycją duchową nieczytających rodaków?
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze