W ramach „dobrej zmiany” do liceów ma wrócić parę dobrze znanych utworów: „Antygona”, „Odprawa posłów greckich”, „Konrad Wallenrod”, „Kordian”, Nie-Boska Komedia”, „Potop”. Mają pojawić się także nowe teksty: „Chmury” Arystofanesa (nie wiadomo, po co?), „Hamlet”, „Rok 1984”, „Madame” Antoniego Libery. I to są w wielkim skrócie wszystkie rewelacje „dobrej zmiany”. Jakby trochę niewiele. Szału, jak mówi młodzież, nie ma! Rozumiem, że stworzenie listy z kanonem lektur w naszych czasach nie jest i nie będzie sprawą łatwą. Z jednego głównie powodu. Zdecydowaliśmy się kilkanaście lat temu stworzyć masowe szkolnictwo kończące się maturą dla całej niemal populacji, choć dobrze wiemy, i to nie jest jakaś straszna herezja, że do tego typu edukacji nadaje się może jedna trzecia młodzieży. W tej niespotykanej w dziejach sytuacji, aby jakoś wyjść naprzeciw możliwościom rzesz uczniów skierowanych do tego typu kształcenia, na potęgę redukowano lektury, a to, co pozostawiono, podawano w tak nieludzko nieatrakcyjnej formie podręcznikowej, że jedyną, najczęściej słuszną, reakcją zdesperowanych uczniów było po prostu odrzucenie, potępienie w czambuł. Są przecież ludzie, i trzeba się z tym zgodzić, którzy strawią co najwyżej jakieś romansidło, kryminał albo fantasy. Niech sobie trawią, w liceum jednak chodziło zawsze o coś więcej.
Problem z „dobrą zmianą” w oświacie polega na tym, że najlepsza nawet zmiana programowa roztrzaska się o zaporę nie do sforsowania, a będą nią właśnie umysły samej młodzieży, które przecież są tak różnorodne. Pomysł, aby wszyscy mieli jednakowe wykształcenie, chodzili do jednego typu szkoły, przeszkadzając sobie nawzajem i utrudniając życie, jest pomysłem szalonego. Nowa władza brnie z uporem maniaka w tym samym kierunku, co poprzednia, łudząc się, że wystarczy ułożyć „piękną listę lektur”, a wszyscy się rzucą na nią i będą z niej zażarcie czerpać tylko dlatego, że to jest „dobra zmiana”. Przykro jest to mówić, ale taka jest prawda: tylko wąska część młodzieży będzie w stanie sprostać tym ambitnym planom edukacyjnym, tak jak bardzo wąska grupka młodzieży jest w stanie im sprostać obecnie, reszta będzie przeszkadzać.
Bo w gruncie rzeczy w reformach naszego systemu szkolnego nie to, jaki będzie zestaw tekstów do podania młodzieży, jest kwestią najważniejszą, ponieważ ostatecznie możemy się spierać o teksty, które i tak mało kto zamierza przeczytać. Lista jest bogatsza z pewnością od obecnej, ale to nie musi się przełożyć na sukces. Najważniejszy jest i tak sposób, w jaki te treści zostaną młodzieży podane. Nie rozumiały tego zupełnie władze przez ostanie kilkanaście lat, osiągając mizerne efekty edukacyjne, maskowane oczywiście zaniżanym do granic absurdu poziomem wymagań. Dlatego powtarzam to, o czym pisałem wielokrotnie, zaangażowanie władz w reformę nie może się skończyć na napisaniu ładnego dokumentu pod nazwą „podstawa programowa”. Zmienić się muszą narzędzia i metody nauczania oraz sposoby egzekwowania wymagań. To są czynniki decydujące o sukcesie. Od kształtu podręczników, od sposobu podania treści, od zmiany obecnego „encyklopedyzmu” na opowieść o literaturze, kulturze, od wprowadzenia do szkoły absolutnie obowiązkowej odpowiedzi ustnej, od rezygnacji z rodzącego chaos w głowach młodzieży nieustannego „porównywania zjawisk literackich w czasie” będzie zależał kształt przyszłej edukacji. A z lektury ministerialnego dokumentu wynika, że aż na takie radykalne zmiany się nie zanosi. Finał tych działań jest, niestety, boleśnie przewidywalny.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze