Rzadko piszę felietony w odcinkach, ale tym razem odstąpię od reguły. Poprzedni „odcinek” wywołał bowiem reakcję Czytelnika, znanego płockiego miłośnika, kolekcjonera i znawcy podręczników szkolnych. Przyczyną było powołanie się w tekście sprzed tygodnia na słynny elementarz Falskiego. W kontekście niezbyt pochlebnym, nie ma co ukrywać. Był bowiem ów elementarz ilustracją monopolu państwa w obszarze edukacji. Mogłem oczywiście przywołać każdy inny podręcznik ze słusznie minionego okresu, ale Falski to jest nadal, co tu kryć, nazwisko. Czego nie da się powiedzieć o zdecydowanej większości innych autorów podręczników z tamtych czasów. Marketing po prostu… Ale wróćmy do rzeczy. Nie zamierzam zabierać głosu na temat walorów merytorycznych rzeczonego elementarza. Nie znam się na metodyce nauczania wczesnoszkolnego i choć zapoznałem się z materiałami udostępnionymi przez Szanownego Polemistę, nie czuję się powołany do występowania w roli eksperta.
I nie ma takiej potrzeby, bowiem mój tekst dotyczył czegoś innego. Podtrzymuję w całej rozciągłości zawartą w nim tezę! Co więcej, wspomniane powyżej materiały, autorstwa samego Falskiego zresztą, moje stanowisko jeszcze wzmacniają! Pisze on bowiem, że jego elementarz był przed wojną jednym z kilku używanych w szkołach, korzystała z niego „…mniej więcej 1/3 ogółu uczniów klasy I, czasami więcej”. Występował w wersji odrębnej dla dzieci wiejskich i miejskich, wspólnej dla obu grup, były też wersje dla dorosłych i dla żołnierzy! Oczywiście cała ta mozaika znika w peerelu. Mamy jedną, jedynie słuszną wersję dla wszystkich! Starsi spośród Szanownych Czytelników świetnie ją pamiętają. Ja też…
I do takiej sytuacji właśnie wracamy. Jeden elementarz dla wszystkich! Jaki? A, to już najlepiej wie resortowy urzędnik. Wsparty oczywiście autorytetami ekspertów, teoretyków i praktyków edukacji. Wszelkie dyskusje na temat wad i zalet tego „dzieła” są bez sensu. Cały ten koncept nie zasługuje na polemikę. Szkoda papieru! Prawdziwym weryfikatorem wszelkich rozwiązań jest bowiem konkurencja i, mówiąc górnolotnie, życie. I ten mechanizm został właśnie wyłączony. Nie powstaną, jak przed wojną alternatywne elementarze, bo ich pisanie jest bez sensu. Skoro i tak nie wejdą do szkół... Nie będzie też różnych wersji, zakładających różnorodność „targetu”. Dla urzędnika najwyraźniej wszystkie dzieci są jednakowe (jak wycieczka Chińczyków). Pomijając oczywiście przypadki niepełnosprawności. Powtarzam zatem: powodzenia!
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze