Jak ja się cieszyłem jadąc tutaj. Już sama wizja spędzenia nad Parsętą trzech dni w przedostatni wrześniowy tydzień wprawiała mnie w stan euforii. Pracowała wyobraźnia… Kłębiły się myśli, perspektywy… Tymczasem, jakże blado, wręcz żałośnie, wypadła konfrontacja wyobrażeń i oczekiwań z rzeczywistością!
Chyba zdecydowanie zbyt wiele sobie obiecywałem, a przecież nie trudno było przewidzieć, że nie będzie łatwo. Suche i gorące tegoroczne lato sprawiło, że – jak dotąd – do rzeki wpłynęło niewiele srebrniaków troci wędrownych i łososi. Ponadto utrzymujący się w rzece niemal od czerwca bardzo niski stan wody nie tylko nie sprzyjał masowym ciągom ryb, ale także ich wędkarskim połowom. No i efekt tego taki, że po dwóch dniach łowienia jestem przygaszony i zgorzkniały. Prysł, jak mydlana bańka, czar wyprawy. I chociaż miałem przed sobą jeszcze jeden dzień, który mógł zmienić oblicze moich dotychczasowych wędkarskich poczynań, to jednak wszystko zaczynało tracić blask i sens…
Dopiero kiedy późnym wieczorem postanowiłem zmienić zaplanowaną wcześniej rozkładówkę ostatniego dnia pobytu – rezygnując z obławiania kolejnego odcinka Parsęty na rzecz Radwi – wstąpił we mnie nowy łowiecki zew, a także nadzieja, że być może tam… Jednak rano, podczas śniadania, zaczynam się wahać. Dopadają mnie wątpliwości, czy to rzeczywiście dobry pomysł. Przede wszystkim miałem poważne obawy, czy przy tak niskim poziomie wody w Parsęcie trocie były w stanie pokonać próg wodny w Karlinie i przedostać się w górę Radwi. A jeżeli się przedostały, to jak daleko popłynęły w górę rzeki? Czy szukać ich w dolnych partiach rzeki, czy też może już dużo wyżej? No i sama rzeka – znacznie mniejsza i czystsza od Parsęty – może okazać się zbyt dużym i trudnym wyzwaniem. Zważywszy, że sprzęt jakim dysponowałem wydawał się zbyt mocny i toporny jak na tego typu rzekę. Również użycie większości przynęt, jakie wyselekcjonowałem na tę wyprawę będzie problematyczne. Mimo to byłem przekonany, że moje szanse na złowienie letniej troci w tej rzece są znacznie większe niż w chwili obecnej w Parsęcie, gdzie ryb jest niedużo, a nad rzeką dzień w dzień pojawia się wielu wędkarzy, co powoduje, że presja jest tu duża, a ryby nie dość, że przełowione, to jeszcze większość z nich miała już do czynienia z wędkarskimi wabikami, co przekłada się na zwiększoną ich ostrożność. Na Radwi natomiast, jak mi wiadomo, presja wędkarska jest znikoma, tylko nieliczni miejscowi wędkarze chodzą po tej rzece za letnią trocią. I to właśnie jest koronny argument, by jednak spróbować.
Zdecydowałem się na łąkowy odcinek rzeki powyżej Nosówka. Radew tam przewężona, głęboka. Sporo zakoli, trochę zwałek, nawisy wiklin, długie rynny z grubą ciemną wodą, wymyte przez szybki nurt tuż przy urwistych brzegach. W ubiegłym roku, na przełomie października i listopada, byłem tam kilka razy z muchówką za lipieniem, widziałem wówczas w kilku miejscach spławy troci. Mam nadzieję, że ryby będą tam i teraz, chociaż to dopiero druga połowa września.
Dzień zapowiadał się piękny. Ranek bardzo ciepły, bezwietrzny. Wyraziste, niemal lazurowe niebo z kilkoma bruzdami śnieżnobiałych smug i nielicznymi, rozproszonymi po nim, niewielkimi chmurkami. Pierwsze, przyjemnie przygrzewające złociste promienie wznoszącego się ponad wierzchołki drzew słońca. Dymiące mglistym oparem pobliskie mokradła. Szybujący nad nimi myszołów. Daleki, donośny klangor żurawi przeszywający ciszę doliny… Ulegając nastrojowi i urokom wrześniowego ranka jakoś nie spieszyło mi się z przygotowaniem wędki. Cieszyłem się, że tu jestem. Delektowałem się chwilą, która sprawiała, że już czułem się szczęśliwy. I było mi z tym dobrze. Coraz częściej zaczynałem zdawać sobie sprawę, że w tym wszystkim najważniejsze są duchowe doznania i krótkie, ulotne chwile uniesienia, cała reszta jest tylko bardziej lub mniej emocjonującym barwnym spektaklem zbliżonych do siebie scenicznych konfiguracji.
Tekst i fot.
Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze