Szerokim echem w całej Polsce odbiły się awantury, jakie miały miejsce podczas tzw. „marszu równości” w Lublinie. O ile takie imprezy np. w Poznaniu, Toruniu czy w naszym mieście miałyby szansę na raczej spokojny przebieg, to bardziej konserwatywna „ściana wschodnia” broni się, i wydaje się, że ma prawo się bronić, choć nie w taki sposób, przed natarczywością środowisk liberalno-lewicowych promujących w tak nachalny sposób nowoczesne, ale wciąż kontrowersyjne moralnie idee. Nie popieram ani jednej, ani drugiej agresji. Tak, agresji. Obie formy manifestacji – „za równością” i „przeciw równości” – postrzegam jako przejaw agresji. Nie tylko awantury środowisk narodowych mają taki charakter. Owszem, godny potępienia jest fakt, że używają siły, przemocy, choć zrozumiałe jest dla mnie, dlaczego to robią – ponieważ chcą przeciwstawić się promocji idei niezgodnych nie tylko z fundamentem religii chrześcijańskiej, która w tej części świata stanowi wciąż podstawę do budowania kultury i cywilizacji, ale także ze zdrowym rozsądkiem, który nakazuje inną formę zachowań w sytuacji, kiedy idee te wzbudzają wciąż kontrowersję, a niejednokrotnie stanowią przyczynę zgorszenia dla ludzi myślących inaczej. Oni też zasługują na szacunek.
Za formę agresji, swoistego terroru mentalnego postrzegam także sposób manifestowania swoich przekonań przez tzw. „środowiska równościowe”, w tym w szczególności przez środowiska LGBT. Ulica jest przestrzenią publiczną, w której powinna być zagwarantowana podwójna wolność – zarówno wolność od siłowego zwalczania tych środowisk, jak i wolność od hałaśliwego narzucania przez nie pewnych pojęć i wartości, czy pseudowartości, które oburzają wciąż wielu ludzi, i mają charakter ideologiczny, jak choćby żądanie prawnego zrównania „małżeństw homoseksualnych” z małżeństwami heteroseksualnymi. Jest to żądanie niezgodne nie tylko z porządkiem moralnym, jaki został ukształtowany przez wieki w tej części świata, ale także z porządkiem prawnym obowiązującym w naszym kraju, gdzie konstytucja definiuje małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety. Jawne, głośne, hałaśliwe, agresywne naruszanie tych porządków, żądanie ich zniesienia, z jednoczesnym obrażaniem przeciwników tych dążeń na niesionych transparentach, jest formą mentalnego terroru. Wolność od obcowania z tego typu postulatami i zachowaniami należy się środowiskom konserwatywnym. Ulica nie jest miejscem debaty, a problem urzeczywistnienia tego typu postulatów powinien najpierw stać się przedmiotem wnikliwej dyskusji osób kompetentnych w różnych dziedzinach – naukowych, wyznaniowych i etycznych – na pewno w innym miejscu niż ulica.
Narzucanie siłą przez uliczną manifestację, czy to w Płocku, czy w Warszawie, czy gdziekolwiek, takich postulatów innym, myślącym inaczej jest terrorem, tak jak terrorem jest siłowe przeciwstawianie się tamtym formom. Można się tylko dziwić, że jedni i drudzy uczestnicy tego sporu są mentalnymi dziećmi i przenoszą w przestrzeń ulicy sprawy, które powinny zostać najpierw poddane rzetelnym badaniom, a następnie dyskusji, w wyniku której można by uzyskać społeczny konsensus. Taki, który uszanowałby godność zwolenników i przeciwników tego rodzaju zachowań. Zmiana porządku prawnego na taki, który uszanuje postulaty jednej tylko strony, nie wróży niczego dobrego. Raczej stanie się zarzewiem nowych niepokojów społecznych.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze