Adam Mieczykowski o jubileuszowym sezonie, planach POS i filharmonii
Co uważa pan za najważniejsze wydarzenie w jubileuszowym, 35. sezonie artystycznym Płockiej Orkiestry Symfonicznej?
– Mam nadzieję, że będzie to gala koncertowa z udziałem Julianny Avdeevy.
To nie pierwsze spotkanie płockiej publiczności z tą artystką. Jak się panu udało zaprosić do nas pianistkę, która zinterpretowała Chopina najlepiej na świecie?
– Grała u nas jeszcze przed finałem Konkursu Chopinowskiego. To bardzo miła, spokojna osoba, naprawdę żyje muzyką, ma mnóstwo energii, choć jest nieduża. Rozmawialiśmy wtedy i jeszcze nie wiedząc, jak zakończy się konkurs, zaprosiłem ją na koncert z orkiestrą. Jak wygrała, to się przypomniałem i zgodziła się przyjechać.
Czym jeszcze zaskoczy nas orkiestra w tym szczególnym sezonie?
– Bardzo się cieszę, że po dwóch latach starań nasze zaproszenie przyjęła Anna Maria Jopek. Może uda się we współpracy z POKiS-em zorganizować koncert Electric Light Orchestra. Przygotowujemy też koncert z zespołem Dżem symfonicznie. Moim wielkim marzeniem jest, by do Płocka przyjechała znakomita solistka Aleksandra Kurzak – jedna z najwybitniejszych sopranistek. Były już przymiarki. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Czy trudno jest pertraktować z gwiazdami? Jak wyszukuje się solistów?
– Albo niektórzy wyszukują nas, albo my szukamy ich. Docieramy do wykonawców poprzez agencje i impresariaty, bo gwiazdy nie negocjują same. Długie rozmowy są czasem wesołe, czasem żmudne, najczęściej skomplikowane. Kwestie finansowe nie są wbrew pozorom najważniejsze. Gwiazdy mają kaprysy. Sporne bywają kwestie cateringu, ograniczenia miejsca na sali, garderób. Raz mi się zdarzyło negocjować z naprawdę dużą gwiazdą. Warunki, które nam ostatecznie postawiono, były niemożliwe do spełnienia. Zaplecze logistyczne nie wystarczyło. Po 1,5 roku wróciliśmy do rozmów i gwiazda przyjechała. Zawsze trzeba tak prowadzić negocjacje, żeby nie zamykać drzwi na przyszłość. A bywa tak, że gwiazda przyjeżdża, a prawdziwą gwiazdą okazuje się być orkiestra. Czasem akompaniujemy, a czasem to my jesteśmy najważniejsi.
Płocka orkiestra gra wielkie dzieła klasyczne i koncerty muzyki rozrywkowej. Z powodu tych drugich melomani mówią o obniżaniu poziomu, chociaż to lżejszy repertuar znajduje najwięcej odbiorców. Jak pogodzić sprzeczne oczekiwania?
– Ustawienie repertuaru to rzecz najtrudniejsza. Musimy spełniać oczekiwania szerokiej publiczności. Jesteśmy orkiestrą zawodową, jedyną taką instytucją w mieście. Nie ma opery ani operetki. Dajemy publiczności zasmakować różnych gatunków muzycznych. Trzeba też brać pod uwagę zespół, którego muzycy chcą się rozwijać, grać coraz trudniejszy i ciekawszy repertuar. Musimy zwracać uwagę na wszystkich. Dlaczego na przykład prawie nie gramy dzieł symfonicznych z przełomu XIX/XX wieku? Jesteśmy ograniczeni warunkami sali, a te utwory wymagają ogromnej obsady. Teraz 50 osób ledwo się mieści na scenie szkoły muzycznej. Jeśli do tego dodać jeszcze 20 muzyków, chór, dwie harfy, solistów – nie będzie ich gdzie posadzić. Prezentowanie takich dzieł w ograniczony sposób mija się z celem.
Ten problem rozwiązałaby budowa filharmonii?
– Moglibyśmy wtedy włączyć różne dzieła na stałe do repertuaru. Teraz wielkie dzieła gramy 2-3 razy w roku. Gdy 5 lat temu przygotowywaliśmy się do wykonania V i IV Symfonii Czajkowskiego pod dyrekcją Tadeusza Strugały, dyrygent nie mógł uwierzyć, że planowana przez niego obsada nie zmieści się na scenie. Zaplanował 8 pierwszych skrzypiec, osiem drugich. My mieliśmy miejsce na czterech muzyków z każdej grupy. Ustawienie proporcji należy do dyrygenta. To on musi tak ułożyć skład, żeby np. grupa dęta nie przykryła kwintetu. Niestety, czasem jest to ze szkodą dla słuchaczy. Dopóki nie powstanie specjalna siedziba dla orkiestry, musimy się rozpychać w szkole.
Jest co prawda ciasno, ale pamiętam, jak wszyscy cieszyliśmy się, że tułająca się orkiestra znajdzie stałe miejsce na koncerty.
– Gdy oddano tę nową salę w szkole muzycznej – 500 miejsc, z zapadnią na fortepian, byliśmy szczęśliwi. Publiczność polubiła to miejsce i my też. Jednak po dwóch latach ta przestrzeń przestała nam wystarczać. To nie jest sala dla orkiestry symfonicznej. Nie jest przystosowana do prowadzenia zawodowej działalności. Ale szkoła jest przychylna, choć zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy łatwym partnerem.
Artyści są nadwrażliwi?
– Nie. Mam fajny i ciekawy zespół, który wiele rzeczy rozumie. Nie są to smutni panowie we frakach, ale kiedy trzeba, jesteśmy bardzo skupieni i poważni. Muzycy mają ciekawe zainteresowania pozazawodowe. Oboista Marek Roszkowski, który pierwszy wchodzi na scenę i kradnie brawa od publiczności, razem z fagocistą Dawidem Dąbrowskim-Daszkiewiczem jeżdżą na zloty harley’owców. Jedna z flecistek jest instruktorem snowboardu. Perkusistka Dorota Cichor hoduje psy.
A pan?
– Jestem jednym z nielicznych dyrektorów w Polsce, który gra ze swoim zespołem. Łączenie dwóch funkcji bywa zabawne. Jako muzyk muszę słuchać kierownika orkiestry i głównodowodzącej w grupie instrumentów perkusyjnych Doroty Cichor.
Ktoś się odważył tupnąć nogą na pana?
– Dostałem uwagę od Michała Zawadzkiego – kierownika orkiestry, żebym nie gadał.
A jak dyrektor-perkusista współpracuje z dyrygentami?
– Zostawiam dyrygentom dużą swobodę w podejmowaniu decyzji. Gdy dyrygent chce coś wyegzekwować, czasem się trochę czepia. Raz ma lepsze pomysły, raz gorsze. Jestem dyrektorem, a wchodząc w orkiestrę zaczynam funkcjonować w jej składzie. I sam się nieraz zastanawiam: o co chodzi temu dyrygentowi? Przecież wszystko zagrałem. Ale na ogół ja zapraszam dyrygenta do współpracy i go wspieram. Jak orkiestrze zależy na własnym rozwoju, musi pracować z różnymi dyrygentami, czerpać od nich najlepsze rzeczy. Dyrygenci są często przypisani do programów. Dyrygent albo przygotowuje określony program, albo taki, który doskonali umiejętności muzyków, np. pracuje nad smyczkami albo określonymi detalami interpretacyjnymi. Największe wrażenie na zespole wywarły próby do koncertu z Jerzym Maksymiukiem. Panowała na nich absolutna cisza. Zespół był tak skoncentrowany, że nie byłem pewien, czy jeszcze oddychają. To jest taka osobowość, że nie można się ani na chwilę wyłączyć. Dyrygent ustawia cały koncert.
Dlaczego wybrał pan instrumenty perkusyjne?
– Zaczynałem od fortepianu, ale talenta muzyczne zdradzałem już w przedszkolu. Podobno bardzo ładnie śpiewałem, dlatego przenieśli mnie od razu do starszej grupy i nie chcieli puścić przez dwa lata. Rodzice nie byli wykształceni muzycznie. Tata trochę próbował gry na skrzypcach. Poszedłem na egzaminy w szkole muzycznej i zdałem. W Olsztynie grałem na fortepianie. Podobało mi się, ale gdy trzeba było więcej ćwiczyć – stawałem się mało systematyczny. Jednak skończyłem I stopień. Równocześnie z zapałem grałem w tenisa. Byłem wicemistrzem województwa juniorów. Chciałem nawet zostawić szkołę dla kariery sportowej, ale tata nie pozwolił. No to sobie w szkole średniej wybrałem perkusję, myśląc, że będzie łatwiej. Były z tym różne problemy. Musiałem nawet składać obietnice, że nie zaniedbam fortepianu. Gdy zacząłem grać na perkusji, to uznałem, że to jest to, co chcę robić. Chciałem nawet założyć zespół. Ćwiczyłem na weselach. Do dzisiaj uważam, że to doskonała szkoła zawodu i życia. Dostałem dyplom z wyróżnieniem i wróciłem do Poznania, gdzie się urodziłem. Tu skończyłem Akademię Muzyczną w klasie perkusji. Zacząłem pracę w Filharmonii Poznańskiej jeszcze jako student, grałem też z Orkiestrą Kameralną „Amadeus” Agnieszki Duczmal i w legendarnym zespole perkusyjnym Jerzego Zgodzińskiego. Był to pierwszy taki w Polsce. Do Płocka przyszedłem za żoną. Zostałem muzykiem POS w 1994 roku. Przez jakiś czas byłem też zastępcą dyrektora szkoły muzycznej. W 2001 roku obroniłem doktorat na Akademii Muzycznej w Olsztynie.
Z czego jest pan najbardziej zadowolony? Jakich zamierzeń nie udało się zrealizować?
– Udało się wiele dobrych rzeczy. Przyszedłem z określonymi celami: zmienić profil działania instytucji, wprowadzić systematyczne koncerty i spójną politykę repertuarową. Uporządkowałem instytucję, zmieniłem sposób zatrudniania muzyków. Zwiększyła się ilość koncertów, podniósł się poziom. Zależy mi na tym, żeby każdy koncert był na dobrym poziomie. Nie schodzimy poniżej pewnego pułapu. A często – unosimy się przynajmniej 5 cm nad wysoko ustawioną poprzeczką. Na razie mi się nie udało wywalczyć filharmonii w Płocku. Dlatego ciągle rozmawiamy z miastem. Nie prowadzę orkiestry żelazną ręką. Widziałem, jak funkcjonują orkiestry w Polsce. Jeśli gdzie indziej działa bardzo dobrze, to i u nas może tak być. Powinniśmy dążyć do standardów takich, jak wszędzie, czyli wysokich. Czasem jest ciężko, ale nie ma innej drogi. Gonimy najlepszych.
Jakie ma pan marzenia?
– Jestem zwolennikiem muzyki współczesnej. Publiczność się jej boi, nie rozumie, ale dobrze podana może zachwycać. Chciałbym zagrać Planety angielskiego kompozytora Gustava Holsta z jakimś pokazem multimedialnym i zaprezentować płocczanom więcej dzieł Lutosławskiego, ale on pisał na duże składy orkiestrowe. Patron zobowiązuje, by jego kompozycje wykonywać w najlepszym stylu. Chciałbym też prezentować cyklicznie np. symfonie romantyczne albo neoromantyczne. W ciągu kolejnych dwóch sezonów może uda nam się przedstawić symfonie Beethovena. Będziemy pracować nad doskonaleniem warsztatu. Do tego są potrzebni odpowiedni dyrygenci.
Podobno poza salą koncertową można pana spotkać na „szklance”.
– Dwa razy w tygodniu przepływam 40 basenów i wracam do domu, do Maszewa. Moja ulubiona forma wypoczynku to jednak narty. Znam różne świetne adresy, stoki, kwatery, od Podhala do Styrii i Karyntii. Latem pływam na desce surfingowej. Cieszę się, że tą pasją udało mi się zarazić syna. Lena Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze