Na początku nowego roku szkolnego pani premier uspokaja nauczycieli, że nie powinni się bać zapowiadanych zmian, bo te będą przebiegać ewolucyjnie i nie grozi im lawina zwolnień. Pani premier uspokaja też rodziców, że „zmiany (…) będą zmianami polegającymi na tym, żeby szkołę ulepszać, stwarzać lepsze warunki pracy dla nauczycieli, stwarzać lepsze warunki do nauki dla dzieci, dawać uczniom lepsze wykształcenie”. A kto chciał kiedykolwiek szkołę psuć? Kiedy poczciwy premier Buzek razem z ministrem Handke wprowadzali gimnazja, to też nie po to, aby szkołę zepsuć, aby pogorszyć warunki pracy nauczycieli, tylko po to, by dać dzieciom szansę na lepsze wykształcenie. I dali tak dobre wykształcenie, że już w parę lat nasze pociechy prześcignęły w rozwiązywaniu testów PISA swoich zachodnioeuropejskich rówieśników, ale to wcale nie przełożyło się na rzeczywistą jakość wykształcenia i wychowania. W tej dziedzinie jest dramat, który wciąż się pogłębia. I nikt temu nie jest i nie będzie w stanie zaradzić, nawet jeżeli znikną gimnazja, i nawet gdyby do szkół wprowadzić po dziesięć godzin religii. Szkoła przestała wychowywać, religia w tym nie pomaga, czynniki odpowiedzialne bezradnie rozkładają ręce. Reforma strukturalna szkoły, jaka jest zapowiadana, to za mało, aby osiągnąć jakiś piorunujący efekt wychowawczy, jakiego by oczekiwała władza, sama dając za przykład zachowania wcale niewychowawcze.
A zapowiedź, że w szkole będzie więcej sportu i historii, brzmi jak kiepski żart, a może nawet groźba w perspektywie tego, co się w kraju dzieje. Już mieliśmy takie okresy w nie tak znowu dawnych dziejach Europy, kiedy mariaż „sportu” i „historii” owocował zaskakującymi efektami, przez które cierpiały miliony. A mówiąc poważnie, niedługo minie rok od objęcia władzy przez nową ekipę, a wciąż wysłuchujemy lakoniczne, niewiele znaczące zapowiedzi, że na pewno będzie lepiej, że będzie pełny kurs historii, że będą zmiany w lekturach, itd., bez końca, bez pokrycia, bez sensu. Tak to można mówić tydzień po wyborach, a nie rok. Również zapowiedź, że nikt nie straci pracy może być odbierana dwuznacznie – nauczycieli może uspokaja, ale wielu rodziców po prostu martwi, bo czekają, że przyjdą w końcu tacy nauczyciele, którzy nauczą tak, że nie trzeba będzie posyłać młodzieży na dodatkowe lekcje. Ale na to się chyba jeszcze nie zanosi, przynajmniej pani premier aż tak dobrej zmiany nie przewiduje.
Z kolei zapowiedź pani minister edukacji, że to będzie „dobry rok”, bo maturzyści będą mieli prawo weryfikować wyniki swojego egzaminu, brzmi jak drwiący chichot z uczniów i nauczycieli w perspektywie tego, co spotkało maturzystów w tym roku na egzaminach z chemii i biologii. Władze śrubują z roku na rok wymagania tak wysoko, że nie bardzo jest co weryfikować. I na koniec coś bąknęła pani minister o podwyżkach w oświacie. I tu deklaracje odsłaniają chyba najszczerzej intencje rządzących – prawych i sprawiedliwych, oczywiście. Nauczyciele mają zrobić tyle dobrego, tak bardzo są potrzebni, a dostaną tylko o 1,3 procent więcej! Ile to będzie? Zdaje się, że od tysiąca aż 13 złotych! Czy to przypadkiem nie za dużo? Wszak nielubiany przez tę opcję polityczną Witold Gombrowicz przypomniał w „Ferdydurke”, że najlepsza dla nauczycieli jest ścisła dieta. Potrafi utrzymać ich w takiej dyscyplinie, jakiej akuratnie potrzebuje władza.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze