Niepokojąco opieszale zapadają decyzje na forum obecnego rządu dotyczące zapowiadanych tak szumnie wcześniej zmian edukacyjnych. Władza wyraźnie przestraszyła się pokrzykujących coraz głośniej działaczy związkowych, nauczycieli, byłych koalicjantów i coraz bardziej realnym staje się scenariusz, że skończy się na jakimś niewielkim retuszu, w rodzaju likwidacji tzw. „godzin karcianych”, czy zastąpienia jakiegoś tam „egzaminu” jakimś tam „testem sprawdzającym” i wszystko pozostanie po staremu. Być może nadmierna koncentracja uwagi na zmianach strukturalnych, wywołujących największy opór środowiska nauczycielskiego ostatecznie położy całą reformę. Piszę „reformę”, choć w gruncie rzeczy nawet nie wiadomo, o jaką reformę chodzi. Wszyscy zbyt jednoznacznie zamierzenia rządu sprowadzają do najmocniej nagłośnionego faktu likwidacji gimnazjów, a nie o ten fakt przede wszystkim powinno chodzić. Co prawda jest rzeczą dla wielu obserwatorów naszego życia społecznego ostatnich dwu dekad sprawą oczywistą, że spadek poziomu kształcenia i wychowania nastąpił wraz z powołaniem gimnazjów, przynajmniej taki nagły „odlot” najwyraźniej został zaobserwowany w szkołach licealnych, do których przez bardzo „rzadkie oka” gimnazjalnego „sita” na wyższy szczebel kształcenia zaczęło trafiać coraz więcej bardzo przeciętnej młodzieży.
Ale też w tym samym momencie (tuż po roku 2000) powołanie gimnazjów zbiegło się z wieloma innymi czynnikami, które, moim zdaniem, w większym może stopniu niż same gimnazja wpłynęły na zepsucie szkoły i obniżenie poziomu kształcenia. Do najważniejszych należy niespotykane w całych dziejach polskiej oświaty zaniżenie wymagań maturalnych do kompromitującego poziomu 30%, egzekwowanych poprzez „testowe” metody egzaminacyjne, nawet w tradycyjnym wypracowaniu sprawdzanym jak „test” na punkty, według matematycznej miary. Do tego doszedł najbardziej destrukcyjny element, jakim stało się zepsucie na niespotykaną skalę podręczników szkolnych, dobrych niegdyś, także w czasach PRL-u, wyrastających wtedy jeszcze z bardzo dobrej tradycji „polskiego podręcznika” z okresu międzywojnia. Jeśli do tego dorzucimy bardzo niekorzystne metody kształcenia z naciskiem na nieszczęsne „umiejętności” kosztem zdobywanej i zapamiętywanej wiedzy, to mamy cały obraz niekorzystnych zmian, jakie zafundowano polskiemu społeczeństwu w ciągu blisko dwóch dekad.
Być może błąd popełniła obecna ekipa, że rzuciła się na najmniej wdzięczny, a przy tym najbardziej ryzykowny grunt zmian, czyli przekształceń organizacyjnych, pociągających za sobą ryzyko dużych ruchów kadrowych, których przecież nikt nie lubi, a wszyscy się boją. Gdyby obrany został inny kierunek oraz inny porządek (odejście od zabijającego inwencję twórczą uczniów potwornego schematyzmu wymuszonego kształtem testowych egzaminów, naprawa podręcznika, zmiana metod kształcenia), to kto wie, z jakim społecznym odbiorem całe przedsięwzięcie by się spotkało i jakie dzięki temu przyniosłoby rezultaty, może nawet nie trzeba by było likwidować gimnazjów. A tak mamy potężną awanturę, o którą rozbije się cały projekt tak długo oczekiwanych zmian. Czy władza przejrzy na oczy i zdoła jeszcze zaproponować coś innego?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze