Reklama

Co dalej z oświatą?

19/01/2017 07:57

Może z małym niepokojem, ale też z wielką nadzieją przyjmuję fakt podpisania przez Prezydenta ustaw wprowadzających reformę edukacji. Wbrew temu, co twierdzą obrońcy aktualnego stanu rzeczy, w szkolnictwie nie jest dobrze i od dawna nie było. Zdaję sobie jednak sprawę, i wielokrotnie o tym tutaj pisałem, że złej sytuacji nie uzdrowi tylko reorganizacja strukturalna. To prawda, bardzo wielu nauczycieli i rodziców wie, że w oświacie radykalnie pogorszyło się właśnie po wprowadzeniu gimnazjów, gdzieś po roku 2000. Stało się to przede wszystkim zauważalne na poziomie ponadgimnazjalnym, głównie w liceach, a potem na uczelniach wyższych. W tych ostatnich dwóch typach szkół nastąpił wtedy wysyp przeciętnych uczniów i przeciętnych studentów oraz zaistniało nieprawdopodobne zaniżenie poziomu nauczania. Można było odnieść wrażenie, że z każdym rocznikiem pogimnazjalnym było coraz gorzej. Nie twierdzę, że winić za to trzeba same gimnazja, bo akurat tak się złożyło, że właśnie wtedy przemontowywano gruntownie w polskich szkołach wszystko, programy i metody nauczania, zasady egzaminowania, treści wymagane na egzaminach, i wreszcie podręczniki, które do dziś pozostały najsłabszym ogniwem szkoły III RP, obok egzaminów, które mają tak ogromny wpływ na cały proces edukacyjny.
Gdyby wówczas, kiedy premier Buzek z ministrem Handke tak beztrosko i tak radykalnie zmieniali strukturę szkolnictwa, znaleźli się w ich otoczeniu mądrzy ludzie i nie pozwolili psuć wszystkiego, to dziś może sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, i gimnazja też by się sprawdziły. Tymczasem władza musiała szybko zdać sobie sprawę z niewesołej sytuacji przez siebie stworzonej, ponieważ zaniżaniem wymagań egzaminacyjnych do absurdalnych poziomów (matura na 30%!) próbowano jakoś tuszować prawdę o rzeczywistej kondycji oświaty. Gdyby wtedy z większym szacunkiem potraktowano wartość samej wiedzy, a nie tylko tzw. „umiejętności”, gdyby dano uczniom najlepsze z możliwych podręczniki, gdyby zaproponowano takie wymagania i formy egzaminacyjne, które pozytywnie stymulują rozwój uczniów, bylibyśmy dziś w zupełnie innym miejscu. Ale tego wszystkiego właśnie zabrakło. Pamiętam rozmowę z jednym z prodziekanów na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, który gdzieś w połowie kadencji PO i PSL-u mówił mi, że studia polonistyczne na uniwersytetach spadły do poziomu dawnych liceów (tych porządnych PRL-owskich). I ten stan trwa nadal i tego stanu chce dziś bronić poprzednia koalicja.
Mimo krytycznych uwag ze strony nauczycieli, mimo fali krytyki na łamach prasy (szczególnie pod adresem tzw. „nowej matury”) rządzący szli przez lata w zaparte, że jest bardzo dobrze. Także obecnie krytycy wprowadzanych rozwiązań wychodzą z tego samego założenia, że jest dobrze, a wprowadzane zmiany zrodzą chaos i zepsują oświatę. Nic bardziej mylnego, dlatego tak zasmuca w tej awanturze, którą szykuje opozycja, brak refleksji na temat rzeczywistego stanu polskiej szkoły i brak otwarcia na dyskusję o nim. Blokują ją zresztą obie strony konfliktu, dogmatycznie broniąc swoich racji. Wynika to z przyjętego przed laty, typowego dla ustroju demokratycznego, rozwiązania, że arytmetyczna większość parlamentarna może narzucać wszystkim forsowane przez siebie rozwiązania. Tymczasem kształcenie i wychowanie wydaje się być taką dziedziną, która powinna być wyjęta spod wpływu doraźnych koniunktur politycznych. Brak takiego rozwiązania zapowiada bardzo niepewną przyszłość.

Wiesław Kopeć

Reklama

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości