Może z małym niepokojem, ale też z wielką nadzieją przyjmuję fakt podpisania przez Prezydenta ustaw wprowadzających reformę edukacji. Wbrew temu, co twierdzą obrońcy aktualnego stanu rzeczy, w szkolnictwie nie jest dobrze i od dawna nie było. Zdaję sobie jednak sprawę, i wielokrotnie o tym tutaj pisałem, że złej sytuacji nie uzdrowi tylko reorganizacja strukturalna. To prawda, bardzo wielu nauczycieli i rodziców wie, że w oświacie radykalnie pogorszyło się właśnie po wprowadzeniu gimnazjów, gdzieś po roku 2000. Stało się to przede wszystkim zauważalne na poziomie ponadgimnazjalnym, głównie w liceach, a potem na uczelniach wyższych. W tych ostatnich dwóch typach szkół nastąpił wtedy wysyp przeciętnych uczniów i przeciętnych studentów oraz zaistniało nieprawdopodobne zaniżenie poziomu nauczania. Można było odnieść wrażenie, że z każdym rocznikiem pogimnazjalnym było coraz gorzej. Nie twierdzę, że winić za to trzeba same gimnazja, bo akurat tak się złożyło, że właśnie wtedy przemontowywano gruntownie w polskich szkołach wszystko, programy i metody nauczania, zasady egzaminowania, treści wymagane na egzaminach, i wreszcie podręczniki, które do dziś pozostały najsłabszym ogniwem szkoły III RP, obok egzaminów, które mają tak ogromny wpływ na cały proces edukacyjny.
Gdyby wówczas, kiedy premier Buzek z ministrem Handke tak beztrosko i tak radykalnie zmieniali strukturę szkolnictwa, znaleźli się w ich otoczeniu mądrzy ludzie i nie pozwolili psuć wszystkiego, to dziś może sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, i gimnazja też by się sprawdziły. Tymczasem władza musiała szybko zdać sobie sprawę z niewesołej sytuacji przez siebie stworzonej, ponieważ zaniżaniem wymagań egzaminacyjnych do absurdalnych poziomów (matura na 30%!) próbowano jakoś tuszować prawdę o rzeczywistej kondycji oświaty. Gdyby wtedy z większym szacunkiem potraktowano wartość samej wiedzy, a nie tylko tzw. „umiejętności”, gdyby dano uczniom najlepsze z możliwych podręczniki, gdyby zaproponowano takie wymagania i formy egzaminacyjne, które pozytywnie stymulują rozwój uczniów, bylibyśmy dziś w zupełnie innym miejscu. Ale tego wszystkiego właśnie zabrakło. Pamiętam rozmowę z jednym z prodziekanów na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, który gdzieś w połowie kadencji PO i PSL-u mówił mi, że studia polonistyczne na uniwersytetach spadły do poziomu dawnych liceów (tych porządnych PRL-owskich). I ten stan trwa nadal i tego stanu chce dziś bronić poprzednia koalicja.
Mimo krytycznych uwag ze strony nauczycieli, mimo fali krytyki na łamach prasy (szczególnie pod adresem tzw. „nowej matury”) rządzący szli przez lata w zaparte, że jest bardzo dobrze. Także obecnie krytycy wprowadzanych rozwiązań wychodzą z tego samego założenia, że jest dobrze, a wprowadzane zmiany zrodzą chaos i zepsują oświatę. Nic bardziej mylnego, dlatego tak zasmuca w tej awanturze, którą szykuje opozycja, brak refleksji na temat rzeczywistego stanu polskiej szkoły i brak otwarcia na dyskusję o nim. Blokują ją zresztą obie strony konfliktu, dogmatycznie broniąc swoich racji. Wynika to z przyjętego przed laty, typowego dla ustroju demokratycznego, rozwiązania, że arytmetyczna większość parlamentarna może narzucać wszystkim forsowane przez siebie rozwiązania. Tymczasem kształcenie i wychowanie wydaje się być taką dziedziną, która powinna być wyjęta spod wpływu doraźnych koniunktur politycznych. Brak takiego rozwiązania zapowiada bardzo niepewną przyszłość.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze