W „Poganinie”, krótkim opowiadaniu z czasów po powstaniu styczniowym, Żeromski pisze o osobliwej chorobie, która trawi polskie dusze. Bohater mówi o sobie, że „był chory na Moskali”, „na chorobę dziwną, nie dającą się określić, lecz bez wątpienia wyniszczającą organizmy psychiczne tysiąca ludzi”. Jest to choroba niewoli, „która nęka duszę”, „jest głuchą i niemą rozpaczą umysłów” poddanych barbarzyństwu sołdackiej przemocy, takiej, jakiej doświadczył bohater noweli, któremu dzieci i żonę „zesłano”, a jego samego siłą zmuszono do przyjęcia „obcej wiary”. Współcześnie, kiedy niewielkim wysiłkiem wyobraźni, jak pisze Wacław Borowy, „możemy sobie przetransponować wypadki powieści na inną wojnę”, widzimy, że tego samego umęczenia przez to samo w istocie sołdactwo, które niesie się przez dzieje jak zaraza, nie znając granic, doświadcza naród ukraiński. Słyszymy o strasznych zbrodniach w Buczy, Irpieniu i wielu innych miejscowościach, o setkach zabitych dzieci, o setkach tysięcy „zesłanych”. Niewielkie to pocieszenie, ale wielkie zrozumienie, które niesie z sobą drapieżna proza Żeromskiego, proza na „te czasy”. Może z niej płynąć odwaga spojrzenia prawdzie w oczy o barbarzyństwie ze Wschodu, może płynąć nauka, jak z nim postępować i czy dać się sprowokować do bezpośredniego starcia z nim.
Dziś, kiedy możliwość konfrontacji ze wschodnim barbarzyństwem staje się coraz bardziej realna także dla nas, lekcja płynąca z prozy Żeromskiego być może powinna uwzględnić pytanie Salomei skierowane w „Wiernej rzece” do Huberta Olbromskiego: „A jeżeli ich nie możecie pobić, to kto z was ośmielił się rozpętać w nich dzicz, co ją ze sobą z okrutnych śniegów w duszach przynieśli?”. Pytanie o tyle aktualne, że niepoprawni optymiści, którzy już po kilka razy wygrali tę wojnę, jakoś dziwnie ostatnimi czasy zamilkli. Coraz więcej słychać głosów, że tej wojny, mimo tak olbrzymiego wsparcia całego Zachodu, po prostu wygrać się nie da. Może się za niedługo okazać, że nasz sąsiad, przymuszony zresztą przez Macronów, Scholzów i im podobnych biznesmanów politycznych, będzie musiał oddać tę część kraju, którą prawdopodobnie mógł negocjować bez walki, gdyby nie mieszał tu Wuj Sam i nie podpuścił oligarchów ukraińskich (zresztą żydowskiego pochodzenia) do starcia, które będzie służyć przede wszystkim jemu. Ciekawe, jaki rachunek wystawią mu Ukraińcy za przelaną krew. Chodzą słuchy, że płaci się za nią dosyć okazale.
A jak wobec tego wszystkiego wygląda nasza sytuacja? Nie będzie przesadą, jeśli się powie otwarcie, że na razie oparliśmy się jawnym prowokacjom zza Oceanu, które już na początku wojny chciały nas do niej wciągnąć. Niestety, dla osiągnięcia zamierzonych celów tej wojny może się to okazać absolutnie konieczne, a decyzje i tak zapadną w wysokich lożach. Na razie prowokacje kaliningradzkie pokazują, że realność włączenia do niej nas i naszych wschodnich sąsiadów z północy wzrosła niepomiernie. Pretekstem może być znowu to samo co zawsze, czyli na przykład „korytarz”. Zawsze zresztą musi się znaleźć jakaś przyczyna, która pozwoli wynieść potencjał wojenny na wyższy poziom niż ten, na którym się on dotychczas tlił. Rozumieją to chyba nasi przywódcy, bo ich ostatnie wypowiedzi jakby dyskretnie przygotowywały nas na to, co nieuchronnie musi nadejść. Sporo tylko przesady jest w wypowiedzi premiera, że akurat 40 milionów Polaków stanie do walki z wrogiem, skoro nawet tylu nas w naszym nieszczęśliwym kraju nie ma, a niemowlęta i seniorzy chyba „jeszcze” i „już” do przelewania krwi za petrodolary się nie nadają. Więc może mimo wszystko realizm nakazywałby jeszcze raz rozważyć słowa Salomei z „Wiernej rzeki”?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze