Co najbardziej martwi tego lata niemiecką gazetę „Die Welt”? O, nie, proszę Państwa, nie globalne ocieplenie, mimo że z nieba leje się żar, nie groźba nowej wojny na Bliskim Wschodzie, nawet nie trudności z wyborem Przewodniczącego Komisji Europejskiej, czyli jakby takiego „premiera rządu UE”, nie lawinowo rosnąca ilość „incydentów” antysemickich w Niemczech, nie przejawy agresji imigrantów nie tylko wobec Żydów w kraju za Odrą, ale i wobec rodowitych Niemców.
Niemiecką gazetę martwi najbardziej antysemityzm Polaków. Na dowód, że wszyscy jesteśmy antysemitami gazeta odgrzewa stare kotlety, przypominając zapomniany już przez rodaków (może na tym polega nasz antysemityzm, że tak szybko zapominamy!) incydent „palenia kukły Judasza” w Pruchniku nad Sanem z okazji Wielkanocy. Gazetę martwi nie tylko ta straszna postać naszego antysemityzmu, ale i to, że rząd zajmuje wobec tych antysemickich orgii rodaków stanowisko za bardzo jak na nerwy dziennikarzy z kraju, który wymordował miliony Żydów, powściągliwie.
U nas bawią się w palenie kukły Judasza przypominającej Żyda, bo Judasz, tak się nieszczęśliwie składa, był Żydem i wydał na śmierć innego Żyda (w którego obronie palenie tej kukły się odbywa), za Odrą zaś biją Żydów, kopią Żydów, plują na Żydów. Ponoć robią to głównie sprowadzani ze Wschodu wyznawcy Proroka, którym ani w głowie asymilować się z rdzennym społeczeństwem niemieckim i z jego kulturą, ale fakt pozostaje faktem, że państwo niemieckie nie radzi sobie z problemem. U nas zaś nie biją Żydów, nie kopią ich, nie plują na nich, ale to my jesteśmy antysemitami, a nie przedstawiciele społeczeństwa niemieckiego. To nie u nas policja pilnuje synagog, sklepów, muzeów poświęconych kulturze żydowskiej, to nie u nas z roku na rok wzrasta ilość przestępstw o podłożu antysemickim, w tym z użyciem przemocy wobec przedstawicieli społeczności żydowskiej.
N a tysiące takich incydentów za Odrą u nas przypada jeden, marginalny, niewiele znaczący. A mimo to my jesteśmy antysemitami, a nie Niemcy lub ich goście. Owszem, i my mamy problem z rozliczeniem się ze złą przeszłością, z występującymi i u nas dawniej aktami antysemityzmu, tymi sprzed XX wieku, i tymi z ostatniego stulecia. Mamy problem z Jedwabnem, Kielcami, z dziesiątkami tzw. „miasteczek śmierci” na wschodnich terenach kraju zajętych przez Niemców po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, mamy też problem z rokiem 1968. Zdrowe, dokonujące się w duchu prawdy, na fundamencie rzetelnych badań naukowych rozliczenie z przeszłością jest naszym obowiązkiem. Jeśli wystąpiły akty antysemickiego wandalizmu, a wystąpiły na pewno, nawet w skali przekraczającej pojedyncze incydenty, to wymagają one rzetelnego zbadania, także pod kątem przyczyn ich wystąpienia. Dziś nie mamy takiego problemu, bo niewielu jest u nas Żydów, w przeszłości występowały problemy, jak w każdym innym miejscu świata, gdzie pojawiali się Żydzi, a u nas diaspora żydowska była bardzo liczna. Również ukrywana przez władzę i opozycję kwestia roszczeń za tzw. żydowską własność bezdziedziczną, o której teraz tak głośno w związku z ustawą „447”, powinna być dyskutowana otwarcie, a nie ukrywana i załatwiana pod stołem, wstydliwie, pod ostrzałem antypolskiej nagonki, bo to do niczego dobrego nie prowadzi i dopiero nastroje antysemickie może wzniecić. Natomiast antysemitami, którzy wyssali antysemityzm z mlekiem matki, nie byliśmy i nie jesteśmy. Choć niektórzy chcieliby, aby tak było, a skoro nie jest, zrobią wszystko, by takie wrażenie sprawić.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze