Mecenas Leon Bąkowski (1915-2004) w Powstaniu Warszawskim był zastępcą dowódcy plutonu Zgrupowania „Gurt”. Walczył w Śródmieściu. Jeniec obozu w Murnau, później żołnierz armii gen. Andersa. Rozpoczęte na tajnym uniwersytecie studia prawnicze ukończył w Rzymie. Pracował w Zespole Adwokackim nr 1 przy Tumskiej.
„W Warszawie zjawiłem się w połowie grudnia 1939 roku i miał to być pierwszy etap w drodze do polskiej armii. Zamierzaliśmy – pięciu zapaleńców, przyjaciół z kampanii wrześniowej – pojechać rowerami przez Czechosłowację do Francji, gdzie tworzyło się nasze wojsko. W Poznaniu, dokąd wróciłem przedzierając się spod Kowla, zaczynało być gorąco. Ojca, wielkopolskiego powstańca, szukało gestapo. Matka ukrywała się na wsi. Brat siedział w oflagu w Szczecińskiem. Ja – ekskapral, podchorąży 17. Dywizji Piechoty i niedoszły student prawa – nie zamierzałem składać broni. Nie miałem też ochoty dać się złapać.
Przyjechałem do Warszawy bez pieniędzy, bez znajomości. Nie wiedziałem, gdzie będę nocował, ani co jadł. Cały majątek mieścił się w kartonie. Spotkani w pociągu Poznaniacy wymyślili mi kąt na parę nocy. Koczowałem przez kilka tygodni tu i tam. Amatorzy wycieczki do Francji rozpierzchli się gdzieś, pozostawiając mi na deser czarną rozpacz. Wtedy zdarzył się cud: dostałem pokój na Wspólnej, a znajomy z korporacji wynalazł mi darmowe obiady. Mieszkanie inżynierostwa Kędzierskich przy Nowym Świecie było mi odtąd wojennym domem. Tam właśnie poznałem Hankę.
Godzina „W”
Leon, zapisz mnie do konspiracji, nalegała, a ja się wykręcałem. Nie mogłem jej przecież powiedzieć, że przysięgi trzeba dotrzymywać, a za wypowiedziane w entuzjamie słowa płaci się krwią.
Hanka wymarzyła sobie po wojnie aptekę. Była zadowolona, że pozwolono jej, studentce podziemnej farmacji, pracować w składzie aptecznym. Ja zostałem przyjęty na Tajny Uniwersytet Warszawski, na Wydział Prawa. Z radości omal nie wybiłem dziury w suficie. Dziekanem był profesor Józef Rafacz – człowiek nadzwyczajnego talentu naukowego i pedagogicznego. Bardzo go lubiłem, a on ufał mi chyba także, skoro powierzył zabezpieczenie lokali, w których odbywały się wykłady.
Przysięgę złożyłem 3 stycznia 1940 roku na ręce Jerzego Kędzierskiego. Później, na Starówce, zdobywał krwawo swoje pierwsze Virtuti Militari.
Mój punkt zborny wyznaczono w Śródmieściu. Byłem zastępcą dowódcy plutonu na odcinku od ulicy Sosnowej do Domu Kolejowego przy Towarowej. Koncentracja nie przebiegała zgodnie z planem. Zawiódł system informacyjny i wiele osób nie dotarło na czas do swoich oddziałów. Szukałem na próżno punktu amunicyjnego. Pod wskazanym adresem nie było nic. Wściekły i zrozpaczony wróciłem na kwaterę przy Złotej. Mój dowódca, porucznik „Blondyn” przyszedł właśnie z narady od Gurta. Powiedział, że musimy iść do akcji z tym, co posiadamy.
Mieliśmy zdobywać Dworzec Główny, tylko czym? Amunicji jak na lekarstwo. W końcu ktoś zmienił rozkaz. Rzucaliśmy granaty własnego przemysłu – owinięty w pończochę ładunek amunicyjny – na stojący obok kawiarni Bliklego czołg.
Gurt usiłował spiąć obie części Alei Jerozolimskich, lecz po drugiej stronie ulicy wyborowi strzelcy ukryci w Hotelu Polonia, szybko wyperswadowali nam ten zamiar. Zdobyliśmy jednak Astorię.
Dom z tarasem
Poszedłem z Hanką szukać „Bartka”, który rwał się na ochotnika do kolejnej akcji. Wtedy uderzyła „krowa” – okupacyjna zmora. Tkwiliśmy zasypani w piwnicy, bezsilni. Dobrze wiedzieliśmy, że dla uwięzionych ludzi nie ma ratunku, ale my przecież byliśmy młodzi. W tym tkwiła jakaś irracjonalna nadzieja.
- Mów do mnie – prosiła, a mnie nic nie przychodziło na myśl. Mogłem tylko położyć rękę na jej głowie. Od dawna nie miałem wieści od rodziny, przed tygodniem stłukłem okulary, a na kwaterze usiłowałem bezskutecznie uciec przed pluskwami. W milczeniu żegnałem się z tym najwspanialszym ze światów, żałując, że zostawiłem gdzieś porcelanowy krzyżyk, pamiątkę od matki. Uczyła nas miłości do Ojczyzny poprzez literaturę, religię i śpiewy. Sama poznawała polskie książki w podziemiach kościoła farnego w Poznaniu. Ojciec, ułan, wychowywał synów bardziej po żołniersku.
Hania rozpaczliwie potrzebowała rozmowy, jakby chciała nadrobić stracony czas, w którym nie zdążyła opowiedzieć mi o swoim dzieciństwie. W strzępach wspomnień jawił się dom z tarasem wychodzącym na ogród, gdzie aż do późnej jesieni przesiadywali goście. Potem ojciec kupił mająteczek w Woźnikach, gdzie przyjeżdżał zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz Wyczałkowski. Imieniny u państwa Kosińskich, którzy jeszcze wtedy mieszkali w Płocku przy Jachowicza. Przełożona Rościszewska w „Reginkach”, gdzie chodziła Hanka, życzy sobie, aby uczennice opracowały na szkolną akademię wyjątek ze „Strasznego Dworu”. Gwiazdka – zbierają z koleżanką dary dla inwalidów i szyją w drużynie harcerskiej ubranka dla dzieci repatriantów.
- Boisz się? - zanuciła fragment ze „Strasznego dworu” – Zażyj tabaki. Skąd się w niej brało tyle odwagi? Tkliwość pokrywała żartem.
Odkopano nas po ośmiu godzinach. Wtedy dopiero się załamała. Płacząc, trzymała moją rękę, a ja idiota myślałem, co powiedzą koledzy.
Gdzie nasz złoty sierpień
W końcówce sierpnia, po pierwszych dniach euforii, jaka ogarnęła nas na widok biało-czerwonych flag i życzliwości nadzwyczajnej ludności cywilnej, przyszło żyć prawdziwie, dźwigać żołnierską dolę. 3. i 4. kompania, w tym mój pluton, otrzymały rozkaz ubezpieczania chłopaków ze Starówki, którzy kanałami szli do Śródmieścia. Poprzedniego dnia zbadaliśmy z „Blondynem” teren od Ogrodu Saskiego do Hali Mirowskiej. O świcie strzały z broni maszynowej dały sygnał do akcji. Przez Plac Policji Konnej do Chłodnej. Cel – koszary granatowej policji. Na placu duża grupa Niemców. Z boku wali do nas ukryty w bunkrze ckm.
(…) Zdobyliśmy koszary, lecz wkrótce nieprzyjaciel zebrawszy siły rozpoczął szturm za szturmem. Ich czołg rozwalił prowizoryczną barykadę. W naszych oddziałach zaczęło się zamieszanie. Straciłem pół plutonu.
„Blondyn” leżał na ziemi. Gdy okazało się, że jest poważnie ranny, poleciłem zanieść go do punktu opatrunkowego. Teraz ja byłem dowódcą i musiałem wykonać zadanie.
Kazałem żołnierzom iść do kwatery na Złotą po nosze. Wrócili z pustymi rękami, noszy nie było. Wydobędę je choćby z podziemi postanowiłem bezradny wobec tych strzępów ciał i skarg rannych. Wziąłem ze sobą strzelca Sowę. Kiedy nieśliśmy z powrotem kilka par noszy nadleciał samolot, ostrzeliwując z broni pokładowej wszystko, co się jeszcze ruszało. Wpycham Sowę w okienko piwnicy. Dla mnie nie było już miejsca. Wciśnięty w mur czekałem na kulę. Ocalałem cudem.
Na podwórzu domu Złota 43 pogrzebaliśmy „Blondyna”, „Tygrysa” i innych.
(…) Myśmy się nie poddali. Jednak od 2 października obowiązywał już układ kapitualcyjny. 3.00 nad ranem albo w południe we wszystkich polskich oddziałach Północnego Śródmieścia odbyły się ostatnie odprawy oficerów i zbiórki żołnierzy. Na Placu Karcelego oddaję broń. Włożony do plecaka razem z całym dobytkiem Kodeks Postępowania Cywilnego ochronił moją akowską legitymację. Hanka szła przodem ze swoim plutonem sanitarnym. Myślałem, jak będziemy żyć w niewoli, czy nas nie rozdzielą”.
Lena Szatkowska
Fot. Archiwum
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze