Reklama

450 osób na bruk?

20/05/2005 10:14
Kiedy na początku maja zmarł Andrzej Bielicki, właściciel jednej z najbardziej liczących się płockich firm, zatrudniający około 450 pracowników, nie było jeszcze wiadomo, co dalej z firmą. Do wtorku 10 maja pracowano w niej w miarę normalnie. Tamtego feralnego dnia kierownictwo ogłosiło przerwanie pracy. Tyle tylko, że nikt rzeszy prawdopodobnie już zwolnionych ludzi nie chciał wydać świadectw pracy, żeby mogli się zarejestrować w Powiatowym Urzędzie Pracy w Płocku, czyli de facto zasilić szeregi bezrobotnych.
Ajmex „kwitł” w latach 90, prowadził działalność montażowo-budowlaną. Lada moment obchodziłby 15-lecie działalności. Szef Ajmexu Andrzej Bielicki to słynna postać w Płocku. Uchodził za osobę pracowitą, ale gdy trzeba, także umiejącą się bawić. Był na ustach wielu. Pogłoski o tym, co dzieje się wokół firmy po jego śmierci, były dość dramatyczne. Mówiono, że firma stoi na granicy bankructwa, banki zajęły jej konta, pracownicy nie wiedzą, co dalej, a przed należącymi do niej salonami samochodowymi rozgrywają się dantejskie sceny, bo ci, którzy kupili samochód, nie mogą go zabrać z salonu.
W środę 11 maja na dziedzińcu firmy na Kostrogaju już od szóstej rano gromadziły się grupki pracowników. Przyszli po dokumenty, bo poprzedniego dnia kierownicy zarządzili koniec pracy. Było trochę nerwowo, ale spokojnie: – Mnie brakuje parę dni, żebym emeryturę dostał, ale nie wiem, co zrobić dalej. Nie ma żadnych decyzji co do istnienia firmy bądź jej rozpadu – słyszymy od zgromadzonych na placu mężczyzn.
To pierwszy dzień tej swoistej „okupacji” firmy. Niepewność, co dalej, działa destrukcyjnie, ale mężczyźni są spokojni. Rozumieją powagę sytuacji. Ich milcząca obecność nie ma nic wspólnego z rokoszem. Lubili swojego szefa. Dobrze płacił?: – Wie pani, różnie to bywało, ale co miesiąc była pewna pensja. A teraz co? – nikt nie wie, a tydzień pracy „poszedł w plecy”.

Nie wiadomo tym bardziej, że za kwiecień nikt nie dostał pensji, która powinna zostać wypłacona do 10 maja. Pracownikom obiecano spotkanie z córką szefa. Podobno rozmawia właśnie z z radcami prawnymi. Muszą ustalić, w jakiej kondycji jest Ajmex. Ochroniarz przy wejściu na teren firmy żartuje, że zgromadzeni tu mężczyźni „trzymają kolejkę” do pośredniaka, który jest po sąsiedzku. Na razie zależy im, żeby: –... otrzymać jakikolwiek dokument o końcu pracy. Chcielibyśmy wiedzieć, na czym stoimy. Pieniądze pewnie będą w późniejszym terminie – mężczyźni są realistami.
Inni ich koledzy po fachu już zasięgnęli opinii prawnika i mimo braku świadectw pracy, zapisali się w PUP. Na zamkniętych drzwiach do kadr wisi kartka z nazwiskiem i numerem telefonu: „Proszę mi oddać moje dokumenty”. Wchodzę w pierwsze otwarte drzwi. Dwaj panowie (pewnie kierownicy?) nie chcą mówić o kondycji Ajmexu. Odsyłają mnie do innych drzwi, gdzie mam spotkać spadkobierców. W pomieszczeniach biurowych czuje się panujące napięcie. W sekretariacie wieść, że jestem z prasy, lekko dekoncentruje obecnych. Cisza, spokój, wszyscy chodzą na palcach. Córka zmarłego właściciela, Karolina Bielicka mówi niechętnie, załamującym się głosem. Zbyt krótki okres minął od śmierci ukochanego ojca, żeby mogła spokojnie kalkulować, co dalej z firmą: – Bardzo chcielibyśmy utrzymać Ajmex, bo Ajmex to Andrzej. Koniec firmy jeszcze bardziej potwierdziłby odejście taty. O dalszym istnieniu firmy muszą zdecydować spadkobiercy. Jest ich czworo. Przed wszystkimi stoi decyzja, czy w ogóle przyjmą spadek. Czy ratować firmę, czy też spisać ją na straty. Druga ewentualność zmartwi i spadkobierców, i pracowników. Karolina Bielicka uchyla się od odpowiedzi na pytanie, czy to prawda, że Ajmex stoi na granicy bankructwa: – Sprawa jest trudna.
Lada moment przeprowadzone zostaną najważniejsze rozmowy, które zadecydują o przyszłości: – Jest ogromna wola, żeby firma dalej działała. Rozumiem ludzi, którzy boją się, że stracą pracę. Chciałabym im z całego serca pomóc – deklaruje nasza rozmówczyni. Pracownicy Ajmeksu bardzo na nią liczą. Będą przychodzić do firmy „do oporu”, czyli do czasu usłyszenia konkretów.
Sprawdzając krążące po mieście informacje, trafiliśmy także pod salon Kia Motors na Kostrogaju (Bielicki miał jeszcze przedstawicielstwo Citroena). Pusto i spokojnie. Jedyny przechodzień to podwykonawca, który chciał podpis na fakturze. Pytany o kondycją Ajmexu, tylko się uśmiecha. Podobno nic wie. Pracownica oddziału banku PKO BP, którego oddział wynajmuje tu pomieszczenia od Ajmex-u, nie potwierdza informacji, że miały tu miejsca jakieś gwałtowne wydarzenia.
W pośmiertnym wspomnieniu załoga firmy napisała o Bielickim: „Ajmex był dziełem jego umysłu i rąk, powodzenie przedsiębiorstwa stało się od początku misją Jego życia”. – Razem z jego śmiercią zawaliło się nasze życie. Niektórzy z nas pracowali w Ajmeksie bardzo długo, niemal od początku. W czerwcu byłaby 15-lecie powstania – mówią oblegający dziedziniec firmy mężczyźni.
Koniec człowieka, koniec imperium?
Elżbieta Grzybowska
Fot. D. Ossowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości