Polityka w demokracji to w głównej mierze reality show. Nieustający „Big Brother” czy też „Rolnik szuka żony”… Uczestnicy zabawy robią wszystko, by „elektorat” ich zauważył i docenił przy urnie. Dzielnie wspierają ich w tym trudzie media, a zwłaszcza telewizje, walczące wszak o „oglądalność”. I trudno, przywykliśmy! Mam na myśli nie tylko nas, odbiorców tego przekazu, ale wszystkich uczestników „gry”. Samych polityków, oraz nadawców owych treści, którzy zdają się zupełnie zatracać wszelkie granice „obciachu”. Bo jak inaczej nazwać to, co od kilku dni oglądamy w najważniejszych programach informacyjnych i publicystycznych telewizji? Wszystkich, „publicznej”, czy też „narodowej”, jak z dumą nazywają ją ci, którzy aktualnie dzierżą jej stery nie wyłączając? Czym różni się przekaz w najważniejszym programie informacyjnym, nadawanym w porze najwyższej oglądalności, a dotyczący sylwestrowej eskapady szefa jednej z partii opozycyjnych, od oferty „Pudelka” czy innych tego typu mediów?
Owszem, dopuszczalne jest w poważnym programie przekazanie informacji, iż jeden z liderów akcji okupacyjnej w gmachu parlamentu, zamiast współcierpieć z towarzyszami poświęcającymi się dla obrony podstawowych wartości najlepszego z możliwych ustrojów, oddaje się sylwestrowym uciechom w ciepłym klimacie. Ale wystarczyłby w tym celu jeden prosty komunikat, odczytany przez prowadzącego program. Tymczasem otrzymaliśmy przekaz w stylu godnym wspomnianego „Pudelka”, zilustrowany zdjęciem polityka z koleżanką partyjną, jednoznacznie skłaniającym do rozważań niewiele z polityką mających wspólnego, za to niezwykle atrakcyjnych dla „pudełkowej” publiczności. „Temat” przechodzi do następnych wydań, angażuje się zaproszonych gości do aluzyjnych rozważań, co też ów polityk mógł robić na Maderze z partyjną koleżanką i posłanką jednocześnie? Jakby nie było wiadomo, co można robić z partyjną koleżanką na Maderze…
Przy okazji państwo politycy (i polityczki) udzielili „elektoratowi” pouczającej lekcji „oszczędnego gospodarowania prawdą”. Najpierw wiceprzewodnicząca partii twierdziła stanowczo, iż jest w stałym kontakcie z szefem, a wyjazd jest służbowy, dawno zaplanowany. Następnego dnia szef równie zdecydowanie oznajmił, że był to wyjazd prywatny, za prywatne pieniądze, a wcześniejszy przekaz był wynikiem braku komunikacji między obu stronami. To gdzie jest prawda? Ano, zależy jaka! Ksiądz Tischner w „Historii filozofii po góralsku” pisał, że „są trzy prowdy: święto prowda, tyz prowda i g… prowda”…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze