Tu, w wyższe partie gór i nad środkowy Poprad, płynący na wysokości ponad kilkuset metrów nad poziomem morza, wiosna nadciągała opieszale, z wyraźnym i odczuwalnym opóźnieniem. I kiedy już niżej, nad Dunajcem, w nowosądeckich dolinach widoczna była na każdym kroku, nad Popradem dopiero zaczynała się pokazywać. Wychłodzona dolina rzeki, górskie zbocza, jary i rozpadliny zionące jeszcze mrozem przyjmowały ją niechętnie, chłodno i opornie. Mimo to coraz wyżej wznoszące się i coraz dłużej przygrzewające słońce z dnia na dzień skutecznie wypierało z gór resztki zimowego chłodu. Jeszcze tylko noce i wczesne ranki poddawały się ustępującemu zimnu. Jeszcze lekko mrożąc ziemię, przyozdabiając o poranku łąki srebrem, a dolinę rzeki iskrzącymi się w pierwszych promieniach wstającego słońca niezliczonymi srebrzystymi refleksami skraplających się z wolna i przemieniających w sznury korali mieniących się barwami tęczy czy rozrzuconych w nieładzie na ziemi tysiącami pobłyskujących pereł. Te ranki, choć piękne, były najbardziej niewdzięczne. Przenikliwy chłód i wilgoć wdzierały się wszędzie. Marzły nogi, sztywniało ciało, drętwiały od zimna palce rąk. Wyczekiwało się z utęsknieniem pierwszych słonecznych promieni, ale one – jak ta wiosna – nadchodziły z ociąganiem, późno, wówczas, gdy już wzniosły się ponad górskie szczyty. Wraz z nimi zaczynał się spektakl światła, barw i dźwięków. Horyzont wypełniony ciepłą, cukierkowo pomarańczowo-żółtą poświatą, ostro kontrastującą z błękitem nieba i niemal czarnymi sylwetkami gór. Dymiący oparem Poprad. Na pobliskim kamieniu czarny pluszcz w białym żabocie. Nieśmiałe, ciche, lecz radosne kwilenie sikory na krzaku wikliny tuż obok. I wszechobecna zieleń – ciepła, soczysta, w rozmaitych odcieniach. Nieliczne pierwsze kwiaty. Skromna była ta wysokogórska wiosna. Surowa, powściągliwa, ustrojona bez przepychu, ale na swój sposób czarująca.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze