Słońce stało w zenicie, buchając żarem. Słupek rtęci już przed południem, kiedy wyjeżdżaliśmy, stał w pobliżu czterdziestu pięciu stopni Celsjusza. Teraz, stojąc na początku spękanej, wyschniętej na pieprz leśnej drogi, rozgrzanej niczym martenowski piec, zaczynałem powątpiewać. Jackowe zapewnienia z każdym krokiem, pod wypalającym mózg słońcem wydawały mi się bardziej absurdalne. Nie było już jednak odwrotu. Strzeliste świerki i sosny gorlickich Pienin stały w bezruchu otoczone ciężkim, przegrzanym powietrzem. Bór sprawiał wrażenie martwego, wypalonego przez ten skwar i słońce. Wydawało mi się, że powietrze drży z gorąca, a kora drzew pęka pod jego tchnieniem. Jedynie druga strona Klimkówki, ta bardziej cywilizowana, tętniła życiem. Łatwy dostęp do wody sprawiał, że amatorów sobotnio-niedzielnego wypoczynku było tam aż nadto. Dopiero teraz zrozumiałem sens Jackowego wyboru miejsca na wędkowanie. Brzeg, na którym się znajdowaliśmy, był trudno dostępny, dziki. Ceną, jaką musieliśmy zapłacić za komfort łowienia w ciszy, spokoju i samotności, był trud dotarcia tutaj. Wzniesienie, które mieliśmy pokonać, stanowiące podstawę góry Ubocz, nie napawało mnie optymizmem. Wstęga żółtobrunatnej gliniastej, inkrustowanej kamieniami i żwirem górskiej leśnej drogi konsekwentnie pięła się w górę. Z każdym krokiem mój oddech stawał się krótszy i szybszy. Niepokojący ból w piersi, łomot serca wszędzie – w klatce, skroniach, całej głowie. Kroki coraz krótsze, wolniejsze i cięższe… Przystaję, brak mi tchu. Cholera, to podejście mnie wykończy! Zanim dotrzemy na łowisko, będzie ze mnie kompletna dętka. Trochę mi wstyd przed samym sobą i – rzecz prosta – przed Jackiem. Ruszam. Jestem cały mokry, koszula, spodnie, wszystko nieprzyjemnie lepi mi się do ciała. Strużki potu spływają mi po twarzy. Podejście jest koszmarne, kręte, wyczerpujące. Przed każdym kolejnym łukiem ma się wrażenie, że droga wyrównuje się, że to już szczyt wzniesienia, a tymczasem nic z tego. I kiedy mam już serdecznie dość, kiedy wydaje mi się, że kolejnej górki za następnym łukiem drogi już nie zdzierżę – wychodzimy na płaszczyznę biegnącą skrajem zbocza. Chwila wytchnienia w tej wspinaczce pozwala mi uspokoić oddech i rytm serca.
Tekst i fot. Andrzej Konowrocki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze