To my obaliliśmy komunizm, ale kapitalizm w naszym pięknym kraju nie do końca się przyjął. Nawet tam, gdzie jego korzenie, czyli w handlu. Na poparcie tej tezy jeden drobny, ale wymowny przykład. Konkurencja niby ostra, sklepów, zwłaszcza w branży spożywczej, zatrzęsienie, a czasem dane jest klientowi przeżyć przygodę rodem z „Misia”. Dokonuje zakupów na stoisku mięsnym i doświadcza takiej oto sytuacji. Prosi o kilo schabu. Ekspedientka rzuca na wagę wybrany kawałek. Kilo trzydzieści może być? – pada pytanie retoryczne. No nie, to trochę za dużo – protestuje nieśmiało co bardziej odważny klient. Ale ja tego nie utnę, bo kto mi kupi taki kawałek? I co on na to? Nie znam wyników badań „w tym temacie”, ale z faktu, że to zjawisko nagminnie się pojawia wynika, że w jakichś dziewięćdziesięciu kilku procentach przypadków sprzedawczyni tę wojnę psychologiczną wygrywa. Bo cóż taki petent może zrobić? Na przykład podziękować uprzejmie za miłą obsługę i na przyszłość zakupów w tym miejscu starannie unikać. Nie za wszelką cenę oczywiście, bo nie chodzi tu o samoumartwianie się, ale zapewnienie sobie odrobiny komfortu psychicznego. A zatem nie na zasadzie „umrę z głodu, ale u niej nie kupię”. Albo... Oświadczyć, że nic go nie obchodzi los odciętego kawałka, a jeśli pani ekspedientka czuje nieodpartą potrzebę zbycia go za wszelką cenę, to zasugerować jej proste rozwiązanie. Niech dołoży ten odcięty kawałek następnemu chętnemu do zakupu kilograma schaboszczaka. Jak to? A normalnie. Utnie pani kilogram i dołoży te trzydzieści deko tłumacząc, że klient musi to kupić, bo inaczej się zmarnuje. Już widzę to oburzenie. Jak śmiem pomyśleć, że pani ekspedientka zdolna jest do takiej bezczelności? I na nic tłumaczenie, że przed chwilą mnie zaproponowała dokładnie to samo. Jeśli ktoś sam nie pojmuje, że nie ma różnicy czy kawałek jest jeden, czy dwa to cóż...
Niezależnie od tego, jaką opcję wybierzemy, nie można oczekiwać, że wpłynie to jakoś na styl bycia pani ekspedientki. Gdyby taktyka unikania zatoczyła szersze kręgi... I gdyby grono naśladowców było na tyle znaczące, że właściciel sklepu odczułby to boleśnie w postaci spadku obrotów, to jest nadzieja, że przyjrzałby się wnikliwie pracy swojego personelu i być może odkryłby rozmaite uchybienia mało sympatyczne dla klientów. Bo póki co trudno się oprzeć wrażeniu, że właściciele sklepów czy punktów usługowych znają podstawowe zasady rządzące relacją sprzedawca – klient. Te same panie ekspedientki mają do perfekcji opanowane witanie klienta słowami „dzień dobry” i kończenie obsługi - „dziękuję”. Prawdopodobnie mają te zachowania wpisane do zakresu obowiązków, który jest załącznikiem do umowy o pracę. Jednak nie wszystkie zachowania da się zapisać w dokumentach. I tu rola pracodawcy. W końcu pańskie oko konia tuczy...
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze