Ten felieton ukaże się w pierwszym dniu wiosny. Mowa o wiośnie kalendarzowej. Astronomiczna, czyli zrównanie dnia z nocą w tym roku przypada dwudziestego marca o 22:24 (jest to święto ruchome, jak Wielkanoc). Czasem daty te się pokrywają, czasem nie. Kolejna zbieżność nastąpi w roku dwa tysiące sto drugim. Mamy jeszcze wiosnę meteorologiczną (1 – 31 marca), termiczną (kiedy przez kolejne pięć dni temperatura przez całą dobę nie spada poniżej pięciu stopni), fenologiczną (gdy drzewa zaczynają kwitnąć, a trawa się zielenić)… I last but not least, jak mówią Anglicy, piłkarską (kiedy „ekstraklasa” rozpoczyna rundę rewanżową). I nie sposób tu wspomnieć, że dzień rozpoczęcia wiosny kalendarzowej pokrywa się ze świętem wprawdzie bez wiosny w nazwie, ale równie charakterystycznym dla tego momentu czasowego, czyli Dniem Wagarowicza.
Żyję długo na tym świecie i przez większą część tego czasu panował „w temacie wiosny” porządek. Ale ostatnio… Weźmy taką wiosnę termiczną. Nie chce mi się sprawdzać dokładnych dat, ale w tym roku takie „piecio
dniówki „zdarzały się w każdym miesiącu. W każdym razie w lutym na pewno. Luty i wiosna! Przecież ta nazwa to po staropolsku srogi, mroźny, ostry. Najzimniejszy miesiąc w roku! Nic dziwnego, że fenologiczna pojawia się nie w porę i od kilku lat drzewa w moim ogródku kwitną przedwcześnie, przychodzi mróz i po owocach…
A weźmy taką wiosnę futbolową. W tym roku piłkarze rozpoczęli rundę wiosenną… dwudziestego siódmego stycznia! I co ma zrobić z tym fantem kibic w moim wieku? Na mecz iść i siedzieć dwie godziny na zmrożonym plastiku przy temperaturze minus ileśtam? Bo i takie się w tym „wiosennym” okresie zdarzały.
I na koniec kilka zdań o wspomnianym wyżej szkolnym obyczaju nakazującym powitanie wiosny poprzez opuszczenie szkolnych murów w celu spędzenia czasu w sposób ciekawszy niż ten, który ma młodym ludziom do zaoferowania system edukacji. Czyli mówiąc językiem mniej kwiecistym, na wagarach. Tyle, że i ten termin znaczy dziś co innego niż za moich lat szkolnych powiedzmy. Wtedy bowiem całe przedsięwzięcie było od a do z zaplanowane, zorganizowane i przeprowadzone przez uczniów. Przy głośnej
dezaprobacie (w skrytości ducha różnie zapewne z tym bywało) nauczycieli i oczywiście rodziców. Dziś jeśli nauczyciele chcą podtrzymać długoletnią tradycję, muszą sami zaproponować jakąś formę spędzenia tego dnia (kino, pizza, kręgle, oglądanie filmów w szkole…). A i to nie wystarczy, bo jak jedni chcą do kina, to inni na pizzę. A spora grupa po prostu tego dnia nie pojawi się w szkole ani w innym umówionym miejscu. Wolą spędzić czas w domu ze smartfonem. Albo komputerem…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze