Pierwszy raz, gdy jadę samochodem, tak przeraźliwie się boję. Tuż nad moją głową ostre szpony wbija w tapicerkę ogromne ptaszysko. - Spokojnie, te drapieżniki jedzą ludziom z ręki. Krzywdy im nie robią – uspakaja sokolnik z 50 letnim doświadczeniem – Zbigniew Tracz.Za chwile jednak dodaje - no chyba, że człowiek podaje im mięso bez rękawicy, to mogą pokaleczyć, jak najbardziej. Zwłaszcza jastrzębie są ostre. Na szczęście sokół ma na oczach charakterystyczny kapturek, który sprawia, że ptak się nie denerwuje, nie szuka zwierzyny i... nie wybije szyby w samochodzie, gdy zobaczy na polu przelatującego bażanta. Dojeżdżamy do Chełstowa, łowiska koła myśliwskiego “Trop”. Pełno tu po krzakach bażantów i kuropatw. Wyżły nie mogą już usiedzieć w miejscu. - W naszych polowaniach każdy ma swoją funkcję. Pies nagania zwierzynę, a sokół ją łapie. Nam sokolnikom, nie potrzebna jest strzelba, tylko dobrze ułożone zwierzęta. – tłumaczy Grzegorz Dzik z Warszawy. Otwiera bagażnik samochodu. W trzech drewnianych przegródkach, na malutkich żerdziach majestatycznie siedzą w kapturkach Aida, Magol i Omar. Na nóżkach przy każdym ruchu pobrzękują im tradycyjnie dzwoneczki. To jednak nie tylko piękna oprawa. Pomaga znajdować sokoła w terenie, odstrasza też potencjalnych intruzów. Sokolnik zakłada rękawicę. Siada na niej wspomniany raróg – Magol. Grzegorz Dzik przywiązuje ptaka do rękawicy i zdejmuje mu kapturek z głowy. Cały czas siąpi deszcz, który z czasem przybiera na sile. To zła pogoda na polowanie, a przede wszystkim duże ryzyko. – Jest słaba widoczność, poza tym ptaki w deszcz raczej nie polują. Wolą schować się do lasu, przeczekać. Istnieje niebezpieczeństwo, że puszczony sokół nie wróci do właściciela – tłumaczy Zbigniew Tracz. Śmierć czaiła się na drutach Jednak ryzykujemy, przecież na ten dzień specjalnie pod Płock zjechali sokolnicy z całej Polski. Kierujemy się zwartą grupą w stronę pobliskich krzaków. Trochę przegłodzone drapieżniki kwilą na rękach właścicieli, jak to mówią sokolnicy “gadają sobie z nami”. Gdyby wszystkie miały pozdejmowane z głów kapturki, byłyby w stanie gotowości do ataku. - Sokoły to samotnicy, które mają własne rewiry. Przy spotkaniu na polowaniu zawsze ze sobą walczą – tłumaczy Jerzy Tracz. Stąd jako pierwszy szansę będzie miał Magol. Później dopiero pojedynczo reszta. Nagle wyżły poczuły trop. W krzakach muszą być bażanty. Grzegorz Dzik błyskawicznie puścił Magola w powietrze. Ptak zaczął zataczać w powietrzu charakterystyczne pętle. I oto niespodziewanie na pobliską drogę z wielkim hałasem wyjechał ciągnik. Może wypłoszyć Magola! - No ludzie, nie przesadzajcie. Przecież te ptaki latają między samolotami i nic im się nie dzieje - uspakajają sokolnicy. Przy okazji okazało się też, że sokoły Grzegorza Dzika odstraszają ptactwo na lotniskach. W Chełstowie niebezpieczeństwo pojawiło się za to z innej strony. Bezpośrednio nad krzakami, gdzie skryły się bażanty, przeciągnięta była linia energetyczna. - Wystarczy, że ptak dotknie skrzydłami drutów i padnie. Wiele ptaków tak straciliśmy – wspominają myśliwi, jednocześnie patrzą z przerażeniem i podziwem jak raróg coraz niżej nadlatuje. Bażanty nie chcą wyjść na otwartą przestrzeń. One chyba też nie lubią deszczu. Czy ktoś podejmie męską decyzję, po pierwsze dla bezpieczeństwa ptaków, po drugie dla naszego zdrowia. Wszyscy w szczerym polu przemokli i przemarzli na kość. Magol tak jak pies, reaguje na każde polecenia swego pana. Teraz też wraca z gracją na wystawioną rękę. To koniec polowania. Z łowów wracamy z pustymi rękoma, ale za to z taką samą ilością ptaków, z jaką przyjechaliśmy. To bardzo ważne. Lataj, ale wróć - Zdarza się, że sokoły znienacka opuszczają swego właściciela. Są dwa powody. Ptak może być źle ułożony. Często gubią się też jednostki najsilniejsze. Mogą bowiem dalej polecieć i dłużej obyć się bez właściciela. Szybko wtedy dziczeją. Człowiek bardzo przywiązuje się do zwierzęcia, mimo to chce mieć jak najlepszego ptaka – przekonuje Zbigniew Tracz. Od samego początku istnienia, czyli od 1972 roku związany jest z Krajowym Klubem Sokolnictwa i Ochrony Ptaków Drapieżnych. Jego przygoda z sokolnictwem trwa już jednak lat 50. - Obecnie hoduję jastrzębie, które odstraszają na lotnisku i na wysypisku inne ptaki. Różnią się od sokołów tym, że choć może są mniej spektakularne w polowaniu, ale mogą więcej czasu spędzić w powietrzu. Mieszkam Łodzi, w bloku i tu trzymam swoje ptaki. Wymagają poświęcenia im dużo czasu i to od małego pisklęcia np. noszenia na ręku od chwili, gdy zaczynają łapać równowagę. Szybko przyzwyczajają się do człowieka. Kiedy wypuszczam je z klatek, zaczynają do mnie kwilić. Muszę nosić je na rękach i raczej nie mogę już wtedy nic innego robić. Zbigniew Tracz traktuje sokolnictwo jako swoją pasję. – Generalnie jest to jednak sport. Pokutują przesądy, że sokolnik na jednym polowaniu potrafi upolować więcej niż całe koło łowieckie. To nasze latające strzały, zanim jednak sokół czy jastrząb upoluje kaczkę, bażanta, czy zająca, trzeba go do tego przygotować. Zresztą nam nie chodzi o zdobycz, a raczej o satysfakcję z tego, że ptak do nas wraca, że możemy popatrzeć na piękną gonitwę i lot. Sokolnicy występują też często w filmach, a Zbigniewa Tracza wraz ze swoim jastrzębiem można zobaczyć na scenie Teatru Wielkiego w operze “Halka”, w roli szlachcica sokolnika. Dwa sokoły, nie ma żony Łowy z sokołami to impreza Krajowego Klubu Sokolnictwa i Ochrony Ptaków Drapieżnych, które w tym roku obchodziło swoje 30-lecie istnienia. Z tej okazji do Płocka przyjechali sokolnicy z kraju, także z Wielkiej Brytanii, Słowacji, Czech i Niemiec. Wraz z nimi pojawiły się oczywiście sokoły i jastrzębie. - W całym kraju trenuje ptaki łowcze, drapieżne i poluje z nimi około 40 osób. W klubie zaś jest około 100 osób – tłumaczy Henryk Mąka prowadzący klubu. - Posiadanie ptaków i polowanie z nimi podlega bardzo dużym ograniczeniom. Powód jest prosty. Są to ptaki chronione przepisami krajowymi, jak również międzynarodowymi. Stąd każdy polujący np. z sokołem musi mieć indywidualne zezwolenia ministra środowiska na prowadzenie takiego polowania. Nie mówiąc już o tym, że musi posiadać uprawnienia myśliwskie i podawać egzaminy. Sokolnictwo to nie tylko polowanie. W dzisiejszych czasach jest to przede wszystkim hodowla zamknięta ptaków. Nie wolno ich pozyskiwać z przyrody. Same hodowla to zwykle dwie trzy pary np. sokołów. Natomiast jeśli chodzi o ptaki trenowane, z którymi się poluje, trzeba im poświęcać regularnie dużo czasu. Najczęściej tracą na tym... żony sokolników. Dużo prawdy jest w starym powiedzeniu angielskim “Jeden sokół, jedna żona. Dwa sokoły. Nie ma żony.” Białozór dla króla Pierwsze zapiski o polowaniu z ptakami sięgają kilku wieków p.n.e. Powstało najprawdopodobniej na Bliskim Wschodzie. Człowiek widząc, jak sprawnie ptak drapieżny łapie swoją ofiarę, próbował go oswoić, by przy jego pomocy też mógł łapać drobne zwierzaki. Do Europy dotarło z Bliskiego Wschodu dzięki wyprawom krzyżowców. Sokolnictwo w pierwszych wieku n.e. przerodziło się bardziej w sport i stało się rozrywką szlachty klas panujących. Obowiązywała hierarchia ptaków w zależności od klasy społecznej Tylko król mógł mieć białozora, największego i najsilniejszego sokoła Północy. W Polsce sokolnictwo pojawiło się ok. X w. wraz z najazdami tatarskimi. Z sokołami polowała królowa Bona, Jan III Sobieski, Stefan Batory założył specjalną szkołę dla sokolników. W Płocku w XVI w była jedna z większych sokolarni w kraju. Dzisiejsza elita Sokolnicy to nadal elita, choć wcale nie chodzi o pochodzenie, czy stan majątkowy. Sokolnikami są robotnicy, górnicy, naukowcy, leśnicy, lekarze. Elitarność polega na radzeniu sobie z trudnymi warunkami. To nie tylko bariery formalno-prawne, ale też praktyczne. Utrzymanie ptaka, zapewnienie mu właściwych warunków, trenowanie jest czasochłonne – przekonuje Henryk Mąka. Mersedes za sokoła? Minęły te czasy, kiedy za jednego sokoła można było wziąć tysiące dolarów albo mercedesa. Wzięło się to stąd, że ptaki pozyskiwano z przyrody. Najsilniejsze i najszlachetniejsze białozory zamieszkiwały Islandię i Grenlandię. Wielomiesięczne wyprawy, podbijały cenę. Dziś wszędzie mamy hodowle ptaków. Ceny ptaków spadły. Kształtują się w cenie rasowego szczeniaka, ale jest to o wiele więcej, niż tysiąc złotych. Blanka Stanuszkiewicz Fot. Dariusz Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze