Reklama

Widziane ze skarpy… [FELIETON]

24/10/2017 09:52

Felieton to z definicji forma lekka, toteż proszę Szanownych Czytelników o takież potraktowanie niniejszego tekstu. Nie jest on bowiem wynikiem dogłębnych przemyśleń, na jakie poruszana tematyka z pewnością zasługuje, ale powstał pod wpływem impulsu. Nie jestem, jak stałym Czytelnikom zamieszczanych na tym miejscu tekstów wiadomo, miłośnikiem demokracji. Nie podzielam również słynnego powiedzenia Winstona Churchilla, iż demokracja to najgorszy system, ale nie wymyślono nic lepszego. A jeśli nawet byłbym skłonny przyznać, że coś w tej wypowiedzi jest na rzeczy, to z pewnością nie w odniesieniu do stanu dzisiejszego owego ustroju. Słowem, jeśli demokracja, to znacząco inna od dziś występujących. Wiele pomysłów na udoskonalenie tego systemu powstało, pozwolę sobie zatem na przedstawienie jeszcze jednego. Otóż jeśli system demokratyczny ma działać w miarę sprawnie, to potrzebna jest jedna ważna modyfikacja. Należy znieść kadencyjność wybieranych demokratycznie władz. Albo przynajmniej kadencje zdecydowanie wydłużyć. Przypominam, że królom elekcyjnym w I Rzeczpospolitej powierzano tron dożywotnio!
Należy do tej tradycji powrócić. Głowa państwa, czyli prezydent (o monarchii póki co nie mówmy) powinien sprawować urząd dożywotnio, a przynajmniej do osiągnięcia wieku emerytalnego, to jest siedemdziesięciu pięciu lat (skoro biskup może…). Należałoby przewidzieć procedurę na kształt amerykańskiego impeachmentu na wypadek, gdyby prezydent nie był w stanie sprawować urzędu w sposób godny i bezpieczny dla państwa. Mogłaby to być decyzja parlamentu podjęta zdecydowaną większością, na przykład osiemdziesiąt procent głosów i zatwierdzona przez Sąd Najwyższy. Organy władzy ustawodawczej powinny być wybierane na dwadzieścia lat. Każde pokolenie powinno mieć możliwość wyboru swoich przedstawicieli do stanowienia prawa. Wybory te powinny się odbywać w systemie większościowym, w jednomandatowych okręgach wyborczych. Rząd powoływałby i odwoływał prezydent, który byłby jego szefem, a ewentualnie zatwierdzał parlament. Parlamentarzyści nie mogliby wchodzić w skład rządu. Takie rozwiązania redukowałyby w znacznym stopniu sens istnienia partii politycznych, a być może czyniłoby to istnienie całkowicie bezsensownym. Gdyby przy tym ograniczyć rolę państwa w duchu liberalnym, czyli zlikwidować większość żerowisk dla „trzymających władzę” … Oczywiście trudno postulować tak radykalne zmiany z dnia na dzień. Toteż trzeba by dochodzić do celu stopniowo, wydłużając każdą kolejną kadencję o cztery lata.

Jerzy Ogonowski

Reklama

* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.


 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości