Chyba po raz pierwszy w dziejach naszego parlamentaryzmu zdarzyło się, by strona przeciwna odrzuconemu projektowi ustawy gwałtownie protestowała przeciwko temu rozstrzygnięciu, domagając się debaty nad tymże projektem. Oczywiście to nie było zachowanie dziwne w najmniejszym stopniu. Zawsze tak reaguje dziecko, któremu odebrano ważną dla niego zabawkę. Zdaję sobie sprawę, że nic nie ukoi bólu po tak ciężkiej stracie, ale postaram się go złagodzić na tyle, na ile pozwala rola prowincjonalnego felietonisty, podejmując ów drażliwy temat w niniejszym tekście.
Zacznę od zdziwienia. Jak to jest, że te same środowiska, które tak bohatersko walczą z całkowitym zakazem przerywania ciąży, z taką samą determinacją domagają się równie bezwarunkowego zakazu stosowania kary śmierci? Również dla zwyrodnialców, którzy mają na koncie wielokrotne zbrodnie ze szczególnym okrucieństwem, brutalnych gwałtów nie wyłączając? Pochylają się, całkowicie słusznie, nad kobietą, która musi sobie poradzić z trudną, z różnych powodów, ciążą. A co z ofiarami owego zwyrodnialca? Co z ofiarą brutalnego gwałtu na przykład? Bo na problem ewentualnego „owocu” tej zbrodni jest prosta recepta, nieprawdaż? A ofiary przyszłe? Dopóki zbrodniarz ów żyje, nikt ni da gwarancji, że takich ofiar nie będzie…
I jeszcze jedno pytanie. W hasłach eksponowanych podczas poniedziałkowych demonstracji z zadziwiającą regularnością powtarza się słowo „moje”. Niczym w reklamie pewnego banku… „Moje ciało – moja sprawa”, „Nie będę umierała za czyjąś religię, bo to moje ciało, więc sama będę decydować, czy chcę usunąć pieprzyk, czy ciążę”, „Mój brzuch, moja sprawa”, „Moja cipka to nie twoja broszka!”, „Politycy, precz od mojej macicy!”, „Moje sumienie, moja wola”! Słowa „nasze” jakoś nie nadużywano… Jakby zapominając, że każdy „zarodek”, nawet ten z in vitro, oprócz matki ma też ojca. Chyba, że mu się zmarło po zapłodnieniu… Zatem z tym prawem własności to sprawa co najmniej dyskusyjna. W każdym razie nikt z automatu owej „wspólności majątkowej” unieważnić nie może. Jeśli z determinacją walczymy o udział ojców w opiece nad dziećmi, domagamy się, jak najbardziej słusznie, podziału obowiązków z tym związanych, a jeśli nie możemy ich wykonywać wspólnie, to współfinansowania tego procesu, to może warto uwzględnić i drugą stronę medalu? Tam, gdzie obowiązki, tam i prawa, nieprawdaż? Zatem może „Moje ciało, nasza sprawa”? Taki mały kroczek na początek…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze