Reklama

Walka o finał w Płocku

18/04/2007 08:26
Zupełnie nieoczekiwany przebieg miało półfinałowe spotkanie Pucharu Polski między Koroną i Wisłą. Mecz rozegrano w Kielcach, a do przerwy prowadzili goście 0:2. Takiego wyniku po I połowie gospodarze nie zanotowali jeszcze nigdy w meczu rozgrywanym u siebie.
Piłkarze nożni Korony dominowali na murawie, ale nie wystarczyło dominować, trzeba jeszcze było strzelać gole. A tu prym wiedli płocczanie, właściwie to Sławomir Peszko, w którym obudziły się umiejętności napastnika. Najpierw w 31, a potem w 36 min., płocki zawodnik nie dał żadnych szans Maciejowi Mielcarzowi.
W pierwszej sytuacji akcję przeprowadził Vahan Gevorgyan, który przedarł się na pole karne Korony, ale jego strzał zablokował Hernani. Piłka odbiła się od kieleckiego piłkarza, spadła pod nogi Peszki, który przytomnie wpakował ją do siatki.
Na drugą bramkę płocczanie czekali zaledwie 4 minuty. Tu współtwórcą gola był Adam Majewski, który obsłużył skutecznie kolegę z drużyny. Mielcarz nie spodziewał się, że z tak ostrego kąta, z jakiego strzelał Peszko, może paść bramka. Na szczęście się pomylił, a płocczanie cieszyli się z prowadzenia 2:0.
I jak się okazało, cieszyli się zbyt długo. Zapomnieli, że Korona to jedna z drużyn, która walczy o grę w europejskich pucharach, a to zobowiązuje. Na dodatek trener Josef Csaplar dokonał po przerwie nieco dziwnych zmian i w efekcie od 75 do 79 min. Wisła straciła trzy bramki, przegrywając całe spotkanie 2:3.
Najpierw na listę strzelców wpisał się Grzegorz Bonin, potem Piotr Bagnicki, a wreszcie Marcin Robak ustalił wynik spotkania. Trener powinien z tych straconych goli wyciągnąć wnioski. Niedawno cieszył się, że Wisła już nie traci „głupich” bramek. Tym razem straciła trzy, na dodatek takie, po których obrońcom odechciewa się grać w piłkę.
Pisaliśmy wcześniej o dziwnych zmianach trenera Csaplara. Wielu kibiców stale oglądających spotkania piłkarskie Wisły, doskonale wie, którego piłkarza i dlaczego trzeba zmienić. Przy czeskim szkoleniowcu wiadomo tylko, że zmiany będą zaskoczeniem dla wszystkich: dla graczy i obserwatorów.
Tak było również w Kielcach. Zmiana Majewskiego na Ireneusza Kowalskiego była zupełnie niezrozumiała, zwłaszcza że popularny Maja jest pewnym punktem drużyny. Jeszcze gorzej było ze mianą Gevorgyana na Jakuba Kujawkę. Ten napastnik wiele razy pokazał, że jego umiejętności techniczne są dobre na III, a nie na I ligę.
Tak było i tym razem. W 70 min. Kujawka mógł strzelić trzecią bramkę dla Wisły. Nagle znalazł się sam na sam z Mielcarzem, ale nie wiedział, jak się w takiej sytuacji zachować. Jego niepewność wykorzystał Hernani, który nie tylko go dogonił, ale jeszcze zmusił do popełnienia błędu. Gdyby Kujawka wykorzystał swoje umiejętności, o których sporo się mówi, ale których raczej na boisku nie widać, Wisła mogłaby świętować awans do finału, a tak faworytem meczu rewanżowego będą rywale.
Wreszcie trzeci i chyba największy błąd, który trener popełnia nagminnie. Chodzi o zmianę zawodnika w doliczonym czasie gry, przy niekorzystnym dla Wisły wyniku. Kilka razy pytaliśmy trenera o celowość zabrania kilkudziesięciu sekund piłkarzom, którzy jeszcze walczą o zdobycie gola. Oczywiście trener ma wytłumaczenie, że ktoś miał kontuzję, albo się źle czuł, ale w ostatniej minucie spotkania taka zmiana nie ma najmniejszego sensu. O ile oczywiście nie chodzi o wybicie z rytmu rywali.
Mecz rewanżowy, decydujący o awansie, odbędzie się 24 kwietnia w Płocku. W drugiej parze Groclin pokonał w pierwszym meczu 1:0 Cracovię.
Jola Marciniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości