Trwa strajk głodowy lekarzy rezydentów. Nie odważę się oceniać tej akcji ze względu na nieprawdopodobny chaos medialny, jaki jej towarzyszy – począwszy od trudności ustalenia, choć brzmi to zabawnie, kim dokładnie są „lekarze-rezydenci”, po bardzo różne doniesienia na temat ich aktualnych i oczekiwanych zarobków. „Aktualne”, nazywane przez niektóre media „głodowymi”, nie różnią się od „głodowych” pensji wielu grup zawodowych, które też do wykonywania pracy musiały odbyć studia wyższe, i bez pracy których nie zdobyliby wykształcenia „lekarze-rezydenci”, a mimo to jakoś żyją i nie strajkują, znosząc heroicznie trudności transformacji. Młodzi lekarze są mniej cierpliwi, a ich „oczekiwane” wynagrodzenia nie zjednują im wcale sympatii, ponieważ wielu grupom zawodowym wydają się znacząco wygórowane. Zwrócono jednak przy tej okazji uwagę, że skoro znalazły się duże pieniądze na spore podwyżki dla pracujących „w ciągłym stresie i napięciu” pracowników Instytutu Pamięci Narodowej, to dlaczego nie miałyby się znaleźć dla lekarzy, których pracy towarzyszy „stres i napięcie” zdecydowanie przewyższające stres historyków grzebiących w ubeckich teczkach, szczególnie teraz, kiedy budżet państwa jest w tak dobrej kondycji.
[signinlocker id=121486]
Ale nie mogą się znaleźć, dopóki ich ktoś siłą nie wydrze. Takie są standardy państwa polskiego, w którym wciąż obowiązują reguły, które w „złotym wieku” napiętnował mistrz z Czarnolasu: „O nierządne królestwo i zginienia bliskie, gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość ma miejsca, a wszytko złotem kupić trzeba”. Brzmią te słowa bardzo swojsko i znajomo. I aż dziw bierze, że od 30 lat tylu „geniuszy” pcha się do polityki z pięknymi pomysłami uzdrowienia służby zdrowia, oświaty, systemu sądowniczego, a kiedy przychodzi zacząć sam proces uzdrawiania, cała pomysłowość reformatorska gdzieś nieoczekiwanie pryska. A młodzi, dobrze wykształceni, odważni wyjeżdżają. Nikt nie ma zamiaru ich zatrzymać, nie są potrzebni, braki już upychamy przybyszami zza wschodniej granicy. Słowa posłanki Prawa i Sprawiedliwości „Niech wyjeżdżają” są wielkim skandalem. Kładą na łopatki cały system kształcenia i wychowania, w tym także patriotycznego, skoro władza, wbrew wcześniejszym deklaracjom, daje sygnał, że jej nie zależy. Na kim? Na Polakach, na lekarzach, na naszym zdrowiu.
A dane statystyczne nieubłaganie pokazują, że mimo „dobrej zmiany” exodus Polaków trwa w najlepsze, na poziomie mniej więcej 100 tysięcy osób rocznie. Jak tak dalej pójdzie, to nawet jeżeli byśmy się nie wiem jak bali uchodźców, będziemy musieli ich w końcu przyjąć, może nawet na zasadzie wymiany. Swoich wyrzucacie, to przyjmiemy ich, jeżeli na ich miejsce przyjmiecie obcych. Nie sposób się nie domyślić, że wcześniej czy później ktoś wpadnie na pomysł, żeby nas zaszantażować perspektywą takiej „wymiany”. Grunt pod nią zresztą przygotowuje właśnie ksiądz Prymas, który straszy suspensą tych wszystkich duchownych, którzy będą agitować przeciw przyjmowaniu obcych. Tak więc niezależnie, czy mamy „złą” czy „dobrą” zmianę, jedna i druga szybko osiąga mistrzostwo w uprzykrzaniu nam życia. Trzeba kombinować i jakoś sobie radzić, żeby przetrwać, a w ostateczności wyjechać.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze