Cieszmy się Bożym Narodzeniem, kolędami, żłóbkiem z Dzieciątkiem, Józefem i Maryją, cieszmy się pasterką, składajmy sobie życzenia, w których nie zabraknie odniesień do rzeczywistych powodów świętowania. Cieszmy się z tego wszystkiego, ponieważ może przyjść czas, że nie będziemy mogli się tym cieszyć, że nam to wszystko zabiorą i w ramach polityki „równości” (wszystkich) religii ogołocą przestrzeń publiczną z jakichkolwiek znaków świąteczności. To znaczy nie od razu wszystkich, tylko najbardziej tych związanych z chrześcijaństwem. Takie działania na poziomie handlu podejmowane są od dziesiątków lat, przez co „magia świąt” kojarzy się z cudownością ozdób choinkowych, iluminacji świetlnych, melodią kolęd, prezentami, puszystym śniegiem, a w nikłym stopniu z religijną przyczyną całego tego zamieszania. Z takim wypłukiwaniem z nas „świąt” jesteśmy oswojeni. Łyknęliśmy, będąc nawet metrykalnie chrześcijanami, tę świecką obrzędowość z taką łatwością, że czujemy się onieśmieleni, gdy próbuje ją ktoś w naszym otoczeniu przełamać. Już nie dziwi nas, kiedy media od rana do wieczora „nakręcają” świąteczną atmosferę, dyskutując w kółko o biesiadowaniu, nie dziwi dekoracja naszych miast, sklepów, instytucji. Wszędzie jest świątecznie, magicznie, ale bez oznak religijnych.
Jeszcze dalej zdaje się posuwać europejska komisarz do spraw równości, pani Helena Dalli, lewicowa polityk z Malty, która zakomunikowała niedawno o swoim istnieniu, udostępniając szerokiej publiczności wstęp swojego autorstwa do dokumentu, który w mediach określono jako „wewnętrzny przewodnik Komisji Europejskiej dotyczący komunikacji inkluzywnej” (między politykami w instytucjach unijnych i ze światem zewnętrznym). Propozycja całkowitego usunięcia z języka wyrażenia „Boże Narodzenie”, imienia „Maria”, czy jakichkolwiek wzmianek na przykład o „chrzcie”, podawana jest całkiem serio jako „zalecenie” podyktowane jakże wzniosłym pragnieniem, by „nikogo nie urazić”. Ponoć nawet wyrażenie „okres świąteczny” wydaje się ryzykowne i lepiej używać określenia „okres wakacyjny”. Te rewolucyjne pomysły nie dorównują jeszcze kreatywności luminarzy postępu z okresu rewolucji francuskiej, którzy, zdaje się, święta Bożego Narodzenia chcieli zastąpić „dniem psa”, ale chyba im już blisko.
Te i inne propozycje pani Dalli (unikanie wyrazów „pan”, „pani”, „panie i panowie”, zalecenie niemówienia o „obu płciach”, odradzanie nadawania imion „typowych dla religii”, unikanie słowa „homoseksualista”, a nawet słowa „obywatel” w obecności bezpaństwowców) nie dziwią, a nawet śmieszą. Do czasu. Na razie są to „zalecenia”, ale patrząc na tempo, z jakim wdrukowywane są w ludzi przez media, edukację i marketing ideowe założenia europejskiej (globalnej) rewolucji mentalnej, polegającej na całkowitym przebudowaniu naszej świadomości przez „podmianę” języka, którym będziemy opisywać rzeczywistość, na zaleceniach się nie skończy. Dopóki nie było „orientacji” były „normy” i „zboczenia” (dewiacje, jak kto woli), łatwiej było odróżnić dobro od zła (norma jest dobra, dewiacja jest zła), teraz wszystko jest „równe”, nie ma dobra i zła albo trudniej je od siebie odróżnić. Nie wiadomo do końca, co to jest „gender”, a „LGBT” to przecież nie „ideologia”. Tak więc rewolucja mentalna przez dezorientację, zacieranie znaczeń, eliminowanie z języka słów o utartym znaczeniu, wprowadzanie do obiegu słów nowych, niejasnych, ze skażonym z góry przez ideologię znaczeniem to genialny sposób na wyhodowanie „nowego człowieka”, który będzie bezkrytycznie wierzył w te wszystkie lewicowe „równościowe” brednie. Kradną nam świat. Świętujmy więc prawdziwe Boże Narodzenie, dopóki można. Wszystkiego dobrego.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze