Słowa Naszego Znakomitego Gościa o „Smoleńsku” wywołały na prawicy nieomal ekstazę seksualną, tymczasem nie powiedział nic nadzwyczajnego, nic szczególnego, nie ujawnił nawet rąbka tajemnicy, choćby tej, czy odpowiednie służby naszego sąsiada posiadają na ten temat jakiekolwiek sekretne informacje. Tyle, ile powiedział, może powiedzieć pierwszy lepszy ksiądz w kościele, ale nie prezydent państwa, które żyje z nami ponoć w nadzwyczajnej przyjaźni i które za tę przyjaźń jest nam ponoć nadzwyczajnie wdzięczne. Komentarze redaktorów Telewizji „Republika” i zaproszonych do studia gości sugerują, że przedwyborcza gra „kartą smoleńską” za sprawą tej kurtuazyjnej, niewiele znaczącej wypowiedzi ruszyła pełną parą, jak pełną parą ruszyła gra „kartą z Janem Pawłem II”. Irytuje mnie jedno i drugie, bo z jednej strony dwóch kadencji było za mało koalicji rządzącej na wyjaśnienie sprawy smoleńskiej, nie pomogli nawet nasi najlepsi sojusznicy znad Morza Śródziemnego i zza Oceanu, ale na łudzenie niewiele wymagającego tubylczego ludu to akurat może wystarczyć, stąd dreptanie wokół sprawy smoleńskiej w kampanii wyborczej zaczyna się od nowa. Równie obrzydliwe jest rozgrywanie społeczeństwa drugą kartą przez tych, którzy do nauki Wielkiego Polaka, choćby tej o znaczeniu kultury, a przez nią o znaczeniu edukacji w życiu narodu, wcale się nie stosują.
Więc wystarczy Jana Pawła akurat na transparenty, marsze, akademie, wystarczy do wzbudzenia uczuć, nawet może uczucia nienawiści do przeciwników politycznych, ale zabraknie do przebudowy od gruntu naszego życia społecznego, tak jak zabrakło go w dotychczasowej historii III RP tak nieudolnie budowanej z takim mozołem przez tak różne siły. Żadna nie skorzystała z dziedzictwa Jana Pawła, choćby z jego encyklik społecznych, również ta formacja polityczna, która staje teraz murem za Janem Pawłem, roszcząc sobie nawet prawo do monopolu na tę „sprawę”, miała osiem lat na wykazanie, że stosuje się do nauki polskiego Papieża, choćby tej dotyczącej uczciwości i rzetelności w polityce. Nie skorzystała z niej, stąd za obronę Papieża tym, którzy nie mają moralnej kwalifikacji do tego bardzo serdecznie dziękujemy, bo ta obrona prowadzona takimi środkami przyniesie więcej szkody niż pożytku.
To znaczy okazjonalny pożytek emocjonalny się znajdzie, może nawet uda się wygrać nadchodzące wybory, pewnie uda się wykorzystać Świętego Papieża do przekonania tubylczego narodu, niewiele wymagającego od swoich rządzących, do zbudowania unii z naszym wschodnim sąsiadem (już słyszymy, że Jan Paweł połączył w jedną całość dwa bratnie narody), mimo braku rozwiązania spraw, za które nawet nie da się tak ot, po prostu, przeprosić. Stąd oczekiwanie, że uczyni to Nasz Znakomity Gość było i przedwczesne, i nie na miejscu. Tu trzeba czynów, a nie słów. Słowa oczywiście są potrzebne jako przepustka do czynów, a na te, mimo naszej nadzwyczajnej bratniej pomocy, raczej się nie zanosi. To co jeszcze musimy zrobić, żeby sobie zasłużyć?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze