Jaka szkoda, że Antoni Krauze, całkiem przyzwoity dotąd reżyser, do katastrofy smoleńskiej dorzucił jeszcze jedną katastrofę, tym razem w postaci filmu o tamtej katastrofie. Szkoda, bo problem zasługuje na poważne i artystycznie przyzwoite opracowanie. Mistrzami w kinie politycznym z elementami paradokumentu są Amerykanie, więc trzeba się uczyć od Amerykanów, ale nie wszyscy chcą się, jak widać, uczyć. Teraz do próby wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, obrosłej niesłychanie dużą ilością koncepcji spiskowych, trzeba będzie dorzucić drugą próbę, tym razem prowadzącą do wyjaśnienia, dlaczego reżyser zamiast dobrego filmu, opartego na solidnej reżyserii i przyzwoitym aktorstwie, dorzucił dzieło, w którym w niektórych scenach aktorzy stoją jak kołki w płocie, a odtwórczyni głównej roli głupkowato uśmiecha się przez cały film, nawet w momentach, w których nikomu nie jest do śmiechu. Zadaję sobie te pytania, ponieważ w licznych publikacjach na temat filmu pojawiają się sugestie jakoby „wycie” salonu przeciwko niemu było całkowicie nieuzasadnione. Że się różne siły sprzysięgną przeciw filmowi nawet gdyby był arcydziełem, to było wiadomo na długo przed powstaniem filmu, to trzeba było pokusić się o arcydzieło, aby odebrać krzykaczom przynajmniej argumenty natury artystycznej.
Bo filmy się ocenia nie tylko na podstawie przedstawionej treści, ale także, i to przede wszystkim, na podstawie użytych do przedstawienia treści środków. Znamy je wszyscy. Trzeba film dobrze wyreżyserować, trzeba w nim dobrze zagrać, trzeba go ciekawie zmontować, udźwiękowić. Trzeba to wszystko zrobić solidnie, aby nie oszukiwać widza, który przecież ma spore w naszych czasach doświadczenie w obcowaniu ze sztuką filmową i nie może uniknąć porównywania z innymi dziełami tego typu. Sądził reżyser, że my widzowie tego wszystkiego, co negatywnie rzuca się w oczy, nie zauważymy i przeżyjemy dzieło, które razi brakiem dobrego smaku w tak wielu aspektach? To się srodze pomylił. Lepiej by postąpił, gdyby zrobił film, w którym jest pełno zalet, a wszystkie są zauważalne. Tymczasem postąpił trochę tak jak postępuje obecna pani minister edukacji, która zapowiada, że przeprowadzi doskonałą reformę oświaty, ale tak, żeby nikt tego nie zauważył.
Tak więc szkoda wielka, że na temat najdramatyczniejszego zdarzenia z naszej ostatniej historii powstał przeciętny film. Do drwin ze sposobu wyjaśniania katastrofy dojdą drwiny ze sposobu przedstawiania tamtych sposobów. A jest parę wątków w filmie, które otwierają pole do stawiania pytań. Powinien je sobie postawić szanujący się naród, który w takich okolicznościach doświadczył śmierci swego Prezydenta, jaki by on nie był. Dlaczego tak haniebnie i manipulatorsko zachowała się znaczna część wiodących mediów, która zamiast poszukiwać prawdy konstruowała ją na podstawie jednej dopuszczonej przez władzę hipotezy? Dlaczego w badaniu tej katastrofy wrak samolotu stał się tak mało znaczącym dowodem w sprawie? Dlaczego tylu ludzi jakoś zainteresowanych tą katastrofą zginęło (popełniło samobójstwo, uległo wypadkowi) po 10 kwietnia? Czy zazwyczaj samoloty łamią brzozy, czy brzozy łamią samoloty, itp. Pytań jest wciąż wiele w tej tak po partacku wyjaśnianej sprawie, artystyczna przyzwoitość wzmocniłaby ich wiarygodność, artystyczna nieudolność im ją zabiera. Szkoda.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze