Pozostały mi zatem do wyboru trzy rzeki – Rega, Parsęta wraz z jej dopływem Radwią i Słupia. Teraz wybór był już naprawdę trudny – trzy niemal równorzędne rzeki, w których pojawiały się największe ilości łososi i w których najczęściej – jak dotąd – były łowione te ryby. Oczywiście największe znaczenie w wyborze rzeki miała dla mnie ilość łososi pojawiających się w niej w okresie wędrówek tarłowych. Niemniej jednak ważne też było, aby rzeka była czytelna, miała urozmaicony charakter i była w jak najmniejszym stopniu podatna na zamarzanie w warunkach zimowych, a także aby wchodzące do niej ryby rozlokowywały się na stosunkowo niewielkim obszarze. Wobec tego, w wyniku skrupulatnych analiz, najkorzystniej wypadała Słupia. Poświęciłem więc tej rzece i wpływającym do niej łososiom wiele dni, złowiłem w niej kilkanaście wspaniałych ryb, z których dwie mają dla mnie szczególne znaczenie. Nie uniknąłem również kilku porażek, mniej czy też bardziej dotkliwych. Wszystko to sprawiło, że godziny spędzone nad Słupią pozwoliły mi przeżyć wyjątkowo barwną i emocjonującą wędkarską przygodę oraz zrealizować młodzieńcze marzenia. Na pstrągowej wyprawie Moje pierwsze spotkanie z łososiem było wyjątkowo zaskakujące i zupełnie przypadkowe. Kompletnie nie byłem do niego przygotowany, ponieważ odbyło się ono na pstrągowej wyprawie w drugiej połowie kwietnia, na śródleśnym odcinku Słupi poniżej Włynkowa. Otóż sfrustrowany utrzymującym się niemal dwa miesiące bardzo wysokim stanem wody w dolnej Słupi oraz w związku z tym jej małą dostępnością i wyjątkowo słabymi wynikami moich wędkarskich poczynań, dwa świetne miesiące połowu spływających z tarlisk do morza troci wędrownych i łososi – luty i marzec – musiałem z niemałą dozą goryczy spisać na straty. A kiedy w pierwszym tygodniu kwietnia rzeka wreszcie opadła i oczyściła się, wydawała się pusta. Byłem przekonany, że wielka woda dawno już spędziła wszystkie kelty troci i łososi do morza, a pierwsze wiosenne „srebrniaki” jeszcze z morza do rzeki nie wpłynęły. Zdawał się to potwierdzać przebieg kilku wędkarskich wypraw, w których nie miałem ani wyjścia, ani kontaktu z trocią bądź łososiem. Postanowiłem zatem wykorzystać ten czas inaczej i dla urozmaicenia wyskoczyć ze znacznie delikatniejszym zestawem spinningowym na tutejsze pstrągi.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze