Dziś kilka refleksji na gorąco po powrocie z wakacyjnej wyprawy na „Dziki Zachód”. A dokładnie do trzech stanów: Kalifornii, Nevady, Arizony.
Pierwsza rzecz to skala. Nasza podróż to zaledwie trzy stany z pięćdziesięciu, ale każdy zajmuje obszar mniej więcej równy powierzchni naszego pięknego kraju (Kalifornia nawet większy o jedną trzecią). I te wielkie przestrzenie są na ogół puste. Wolne nie tylko od siedzib ludzkich, ale i od roślinności, poza niewielkimi kępkami zszarzałych od słońca traw czy raczej chwastów. Takiego obrazu w Europie nie zobaczymy. Ogromna przestrzeń porośnięta z rzadka kępkami roślin i góry wokół. Jedyne ślady cywilizacji to droga, którą jedziemy, co jakiś czas słupy z przewodami elektrycznymi i rozrzucone swobodnie „domy”. Cudzysłów wynika z tego, że są to sklecone byle jak, mocno zaniedbane baraczki lub stare przyczepy kempingowe, z rupieciarnią na „podwórkach”. Przygnębiające wrażenie! To ma być Ameryka? Potężne mocarstwo, żandarm świata? W dużo biedniejszej według wszelkich statystyk Polsce takich obrazków nigdzie nie znajdziemy. Ani w „Polsce B”, ani w tych oznaczanych kolejnymi literami alfabetu…
Zostawmy to marginalne ilościowo zjawisko (na razie) i przejdźmy do standardu. Jak mieszka przeciętny Amerykanin? I tu kolejne zaskoczenie. Kraj ten przywoływany jest jako ostoja liberalizmu gospodarczego, wolnego rynku, kapitalizmu, czy jak by nie nazwać tego zjawiska. W każdym razie to system jak najdalszy od wszelkich kolektywizmów, oparty na indywidualnej przedsiębiorczości i zapobiegliwości obywateli. Ale domy, w których ci obywatele mieszkają, tej tezie zdecydowanie przeczą. Pomijam tu fakt, że z naszego punktu widzenia amerykański dom to prowizorka sklecona naprędce z cienkich drewnianych belek obitych deskami albo płytą paździerzową. I słowo „paździerz” najlepiej oddaj wrażenie, jakie te konstrukcje wywierają na obserwatorze z naszej części świata. Można to wytłumaczyć łagodnym klimatem, ale nie chcę rozwijać tego wątku. Rzecz w tym, że te „wille” pozbawione są jakichkolwiek śladów indywidualizmu. Osiedle amerykańskie to zbiór ustawionych pod linijkę „klocków” (prostopadłościan z prostym dwu lub czterospadowym dachem), pomalowanych na jeden z dwóch kolorów: szarozielony albo buropomarańczowy. Nie wiem, czy w Ameryce wymagany jest projekt domu, ale wygląda to tak, jakby pani w przedszkolu poprosiła: dzieci, narysujcie domek…
Jeśli szukać amerykańskiego indywidualizmu, to w tych „budowlach” opisanych w drugim akapicie. Tu rzeczywiście „każdy orze jak może”!
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze