Powoli kibice futbolu w naszym pięknym kraju zapominają o niemieckich Mistrzostwach Europy. Tym łatwiej, że turniej nie dostarczył wrażeń wartych długiego rozpamiętywania. Poza tym rozpoczęły się rozgrywki ligowe, a najlepsze zespoły ubiegłego sezonu grają w rundach kwalifikacyjnych europejskich pucharów. Wystartowały z przytupem. Komplet punktów w trzech spotkaniach, różnica bramek osiem do jednego, mistrz Polski gromi na wyjeździe rywali z Litwy, a zdobywca Pucharu Polski drużynę z Kosowa… I to jest tak potrzebna po finałach Euro nutka optymizmu. Są jeszcze w Europie nacje, z którymi sobie radzimy na boisku!
Wracając do tematu, wypada podzielić go na dwa rozdziały: ogólne wrażenie kibica i występ naszej reprezentacji. Był to turniej bez sensacji. Po pierwsze do fazy pucharowej awansowały wszystkie liczące się w Europie ekipy poza Chorwacją. W jednej ósmej finału polegli tylko broniący tytułu Włosi, ale jeśli prześledzimy historię ich występów w wielkich turniejach w ostatnich latach, to ten w angielskim Euro był jedynym przerywnikiem w paśmie niepowodzeń. Doborowy kwartet półfinalistów wykluczał jakąkolwiek sensację. Żadne rozstrzygnięcie od tego momentu trudno byłoby nazwać nawet niespodzianką. Poczynając od ćwierćfinałów żaden mecz nie zakończył się wynikiem wyższym niż jednobramkowe zwycięstwo którejś ze stron. A w całym turnieju tylko raz zanotowano różnicę czterobramkową. Gospodarze sprawili na inaugurację lanie Szkotom. Później już tak łatwo im nie szło… Po co przytaczam te statystyki? Kiedy zapadła decyzja, że w finałach ma grać prawie cała Europa wydawało się, że poziom imprezy będzie daleki od oczekiwań kibiców. Wiele drużyn słabych, mecze bez emocji, dominacja faworytów… Nic z tych rzeczy! Poziom futbolu w Europie się wyrównał. Pytanie czy było to równanie w górę, czy w dół?
I jak w tym kontekście ocenić „popisy” naszej reprezentacji? Po pierwszym meczu pojawiły się głosy, że w odróżnieniu od drużyny Michniewicza czy Santosa, tym razem nasi zamiast tradycyjnie skupić się na przeszkadzaniu rywalom, „próbowali grać w piłkę”. Bez sukcesu co prawda, ale nie od razu Kraków zbudowano! I szkoda tylko, że w „meczu o wszystko” z Austriakami akurat tych prób zaniechali… I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszych „orłów”. Remis z Francuzami uważam za spełnienie elementarnego obowiązku. Był to „mecz o honor”, a te występy dotychczas nasi wygrywali, jednak klasa przeciwnika i jego motywacja pozwala na uznanie, że honor uratowany.
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze