Jestem matką dwuletniego chłopca. Poszukuję jego ojca. Zniknął, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży… Poznałam go na portalu społecznościowym. Twierdził, że jest z Płocka, że prowadzi warsztat samochodowy, ale naprawia też motocykle i skutery. Miał tatuaż na prawym ręku – ptasie pióro. Może ruszy go sumienie i odezwie się do mnie. Nie chodzi o alimenty. Chcę tylko, żeby mój mały synek znał swojego tatę. Ja nawet nie mogę mu powiedzieć, jak naprawdę miał na imię jego ojciec, a przecież każdy człowiek ma prawo znać rodziców. Nie mogę z tym żyć, nie mogę spać...
Od dłuższego czasu byłam samotna. Szukałam kogoś bliskiego. Z pomocą przyszedł internet. Tu znajomości można nawiązać błyskawicznie. Łatwiej też przełamać nieśmiałość. Nasza rozmowa na czacie zaczęła się niewinnie. Opowiadał, że prowadzi małą działalność. Poprosiłam, żeby przesłał mi swoje zdjęcie. Odmówił. Szybko zrozumiałam, że oczekuje przelotnej znajomości, ale brnęłam dalej w rozmowę. Podałam w końcu swój numer telefonu. Umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Do końca nie wierzyłam, że się zjawi. I oto wysiada z samochodu przystojny mężczyzna w ciemnej kurtce. Wiek około 35 lat. Wzrost 180 cm. Włosy ciemny brąz, krótkie. Miał granatowy tatuaż – ptasie pióro na prawym ramieniu.
Zapytałam, czego taki przystojniak szuka na czacie?
Długo rozmawialiśmy. Sprawiał wrażenie porządnego człowieka. Byłam nim oczarowana. Na koniec powiedział, że się do mnie jeszcze odezwie.
Właściwie nigdy do mnie nie dzwonił ani nie przychodził do mnie z telefonem, bo rzekomo klienci nie daliby mu spokoju. Kontaktowaliśmy się tylko przez sms-y. Spotykaliśmy się średnio 4 razy w miesiącu. Zawsze u mnie w domu. Nie wychodziliśmy na miasto. Nikt nas nie widział razem.
Dwa razy zabrał mnie na przejażdżkę za miasto. Nie zwracałam uwagi na numery rejestracyjne jego samochodów. Nie przyszło mi na myśl, aby grzebać mu w dokumentach. Najczęściej przyjeżdżał wieczorami, ale nigdy nie nocował. Opowiadałam mu o swoich problemach w pracy, a on o swoich klientach, samochodach, skuterach. O sobie raczej nie mówił. Było w nim też coś zimnego. Wierzyłam mu, że jest typowym zapracowanym człowiekiem, który nie ma swojej rodziny, a jego życie to praca, samochody i motocykle.
To nie był łatwy związek
Po każdej kłótni kasowałam jego numer, żeby mnie nie korciło, żebym pierwsza nie wyciągała ręki na zgodę. Kilka razy chciałam skończyć tę znajomość. Raz nawet napisałam mu, że nie mam siły ciągnąć już tego chorego układu, że chciałabym mieć rodzinę, dzieci i żyć normalnie jak wszyscy wokół. Zaproponował wtedy „ostatnie spotkanie”. Wiadomo, że nie było ostatnim.
Pod koniec lipca 2011, kiedy napisał mi, że chce przyjechać, odpisałam „chyba jestem w ciąży”. Stwierdził, że w takim układzie spotkamy się po wizycie u lekarza, kiedy będzie wszystko już wiadomo. Nie chciał tego dziecka. Zaczął robić mi wyrzuty, że to moja wina, że nie dam sobie rady jako samotna matka. Postanowiłam, że mimo wszystko je urodzę. Z drugiej strony byłam zaskoczona jego reakcją.
Myślałam, że ucieszy się, że będziemy mieli dzidziusia
Ostatnia rozmowa zakończyła się kłótnią. Po kilku dniach ciszy próbowałam nawiązać z nim kontakt, ale numer był już nieaktywny. Czekałam, byłam wręcz przekonana, że mimo wszystko się odezwie. W szóstym miesiącu ciąży zaczęłam go szukać i… szukam do dziś. Wydawało mi się, że tyle o nim wiem, że to tylko kwestia czasu. Zgłosiłam się o pomoc do agencji detektywistycznej i dowiedziałam się, że szukam igły w stogu siana. Dotarło do mnie, że nic nie wiem o człowieku, którego wpuszczałam pod swój dach. Nie znam żadnych konkretnych nazwisk, żadnych imion, nazw, nie miałam nawet numerów rejestracyjnych.
Mój synuś jest zdrowym, mądrym chłopcem. Kocham go nad życie. Jesteśmy sami na świecie i dajemy sobie radę, ale nie mogę pogodzić się z tym, że moje kochane dziecko nie ma ojca.
Czy to płocki Fanfan Tulipan?
Nasza czytelniczka trafiła do Agencji Ochrony „DES”, która prowadzi także usługi detektywistyczne. – Ten człowiek to typ Fanfana Tulipana, oszusta wyszukującego swoje ofiary na portalach społecznościowych. Od początku nastawiony był na wykorzystanie naszej klientki. Bardzo prawdopodobne, że na swoim koncie ma więcej podobnych historii – mówi Jacek Dobrogoszcz, właściciel firmy.
Niestety, detektywom nie udało się natrafić na żaden konkretny trop w sprawie mężczyzny. Przeszukali zakłady mechaniczne w Płocku. Sprawdzili środowiska motocyklistów, a nawet zakład karny. Charakterystyczny tatuaż też niewiele pomógł. Co ciekawe symbolika gęsiego pióra to prawdomówność oraz szczerość. – Mam wrażenie, że to nie jest płocczanin. Może jest z okolic Płocka. Poza tym kobieta zgłosiła się do nas zdecydowanie za późno, bo ponad rok po zniknięciu mężczyzny. Poszukiwany miał dużo czasu, by zatrzeć ślady i na pewno z tej okazji skorzystał. Jego działania wskazywały na to, że był dobrze przygotowany – dowiadujemy się w agencji.
Najlepiej takie sytuacje zgłaszać od razu na policję, która ma większe możliwości w działaniu niż biura detektywistyczne, chodzi tu m.in. o łatwość dostępu do bilingów, czy innego rodzaju danych.
– W tym wypadku kobieta namawiana była też do przestępstwa, dlatego pomogliśmy napisać jej pismo do prokuratury – podkreśla
J. Dobrogoszcz. To pierwsza tego typu sprawa w agencji zajmującej się głównie przestępstwami gospodarczymi. – Chcieliśmy pomóc, niestety niewiele to dało. Łatwiej było znaleźć po kilkudziesięciu latach pierwszą miłość pewnego pana, czy udowodnić zdradę małżonków występujących o rozwód. Od 2000 roku było aż 100 takich spraw – tłumaczą detektywi.
Czy to oznacza, że płocki Fanfan Tulipan może dalej bezkarnie wykorzystywać zauroczone kobiety? Jak podpowiadają detektywi, tu pomóc może jeszcze przypadek. Może są jeszcze inne panie, oszukane w ten sposób. Może się odezwą, połączą siły i skończą dobrą passę przystojniaka z internetu.
Blanka Stanuszkiewicz-Cegłowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze