O czym można pisać po takim sukcesie?! Mowa oczywiście o zwycięstwie naszego skoczka w najbardziej prestiżowej imprezie w tej dyscyplinie sportu. A że jest to sport narodowy, obok siatkówki i piłki nożnej oczywiście, to takie zwycięstwo smakuje wybornie! I tu od razu, jak można domniemywać, znaczące grono czytelników zakończy lekturę niniejszego tekstu. Sport… Co w tym ciekawego, że dwudziestu dwóch facetów lata po trawniku za skórzanym balonem? I to jednym. Nie można by dać każdemu swojego? Rzeczywiście, co w tym ekscytującego? W dodatku męczą się, żeby umieścić go w prostokącie z siatką i często im się nie udaje ani razu! A w takiej ręcznej wyniki trzydzieści dwa do dwudziestu siedmiu na przykład to chleb powszedni… Cóż, jednemu stwórca dar rozumienia ducha futbolu ofiarował, a drugiemu poskąpił i rozmowa z nim o urokach tej dyscypliny sportu ma tyle samo sensu, co dyskusja z niewidomym o kolorach! Nie zrozumie, że wartość szczególna gola polega na tym, że jest zjawisko tak rzadko występujące w przyrodzie! Można by na przykład powiększyć rozmiary bramki, czy zlikwidować przepis o „spalonym” i liczba trafień znacząco by wzrosła, ale to byłaby już inna dyscyplina. Czy równie popularna? Lepiej nie sprawdzać…
Takie eksperymenty przeprowadzono w dwóch pozostałych „sportach narodowych” i efekty były skrajnie różne. W siatkówce przed reformą punkty zdobywało się tylko przy własnym serwisie. Teraz każda wymiana kończy się punktem i była to „dobra zmiana”. Gra stała się bardziej dynamiczna, trzyma w napięciu przez cały czas, w każdej akcji trzeba ryzykować, bo stawką jest punkt, a nie „przejście”, jak dawniej.
W skokach też dokonano rewolucji przez wprowadzenie punktów „za wiatr”. Dla kibica to oznacza zmianę niezwykle istotną. Dzisiejsze skoki to nie tyle walka skoczka z przestrzenią, co gra komputerowa z żywym bohaterem w środku. O wyniku nie decyduje widoczna gołym okiem odległość, skorygowana o noty za styl, tylko „punkty za wiatr” wyliczane przez komputer według kryteriów, które dla widowni są jedną wielką niewiadomą. Czarna magia po prostu! Na szczęście ktoś o niej przy okazji „reformy” pomyślał i wprowadzono zieloną wirtualną linię wyznaczającą odległość, która według komputera potrzebna jest do zajęcia pozycji lidera konkursu. To jednak nie to samo, co prosta zasada: kto poleciał najdalej, ten jest najlepszy (pomijając noty za styl). Co prawda my się nadal skokami pasjonujemy, ale chyba dlatego, że w tych „nowych” też wygrywamy. Bo ta komputerowa układanka prawdziwego kibica wkurza niemiłosiernie…
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze