Ludzie nie przyznają się otwarcie, że słuchają disco-polo. - Może się wstydzą, może ukrywają to przed światem. Swoje jednak robią.W mojej szkole też mówili, że nie słuchają tej muzyki, kiedy jednak kilka lat temu przyjechały do płockiego amfiteatru Boys i Akcent, to amfiteatr był zapchany do ostatniego miejsca- twierdzi Patrycjusz. Poza tym, gdyby ludzie nie słuchali disco-polo, nie sprzedawałyby się płyty. A przecież gwiazdy disco-polo wciąż jeżdżą drogimi samochodami, mają wielkie ekskluzywne wille. Patrycjusz ma nadzieję, że jemu też się uda. - Na disco-polo można zarobić i to bardzo dużo, zwłaszcza jeśli porównamy zyski z innymi gatunkami muzycznymi. Trzeba mieć tylko głos, dobre chęci i to “coś” w sobie - przekonuje i robi swoje, na śpiewaną disco-polową nutę. Nasz bohater ma 25 lat. Obecnie uczy się trzeci rok na kucharza w Centrum Kształcenia Ustawicznego w Płocku. Razem z kolegą Dariuszem Grudzińskim założyli zespół Mr. Deys. Nazwa nie wiadomo do końca kogo lub co oznacza. Ale przecież nie o to chodzi. Nie ważne nawet to, że nie kończyli żadnych szkół muzycznych i że jest ich tylko dwóch. Chcą grać i grają jeden na gitarze elektrycznej, drugi na instrumentach klawiszowych. A dlaczego grają disco-polo? - Bo to jest muzyka łatwa, przyjemna i dla ludzi. Dobrze sprzedaje się na rynku. Choć może nie ma takiego szału, jak kilka lat temu. Zespół Mister Deys grywa więc na studniówkach (w 2001 roku zagrał w Jagiellonce), a także, co jest chyba jakąś nowością w naszym mieście, na imieninach i chrztach! Jeśli jest dobry sezon, choć nie są znanym zespołem, to mają zajęte wszystkie terminy. Jest to jednak bardziej forma zarobku niż koncertowania. - Wielkie ogólnopolskie gale piosenki disco-polo, gdzie występują Boys, czy Topless to zasługa firm fonograficznych. My sami organizujemy sobie nasze występy. W Zakrzewie Kościelnym nawet chcą nas zobaczyć jeszcze raz. Po prostu, jeśli ktoś ma życzenie, to jedziemy i gramy. A taka przyjemność kosztować nas będzie 1600 złotych, jeśli akurat zamówimy panów na całonocne granie na weselu. Grają wtedy wszystko według życzenia. - Ludzie chcą słuchać muzyki biesiadnej. “Hej, sokoły!” i wszystkie hity tego typu. Jest tego sporo. Nie ruszamy się na takie imprezy bez specjalnego zeszytu z piosenkami. Nie oznacza to, że zespół disco-polo nie ma własnego charakteru. A jakże. -Kolega uczył się włoskiego języka. Bardzo mu się spodobał, że jest taki śpiewny, więc wykorzystał go w naszych piosenkach. Ale nie gramy italo-disco tak, jak Francesco Napoli. Jesteśmy jeszcze bardziej dyskotekowi. Nasz materiał na razie słuchali jednak tylko znajomi, no i firmy fonograficzne, do których się zgłaszaliśmy - zapewnia Patrycjusz. Czy po polsku, czy po włosku teksty są oczywiście o miłości. - O tym co nas ostatnio spotkało i co przeżywamy w życiu. Mamy np. taką piosenkę “Ostatni raz”. Mówi ona o tym, że ostatni raz dziewczyna spotkała się z chłopakiem, ona odeszła od niego, on w oczach ma łzy. A teksty pisze Darek. Dla zespołu “Mister Deys” wzorem do naśladowania stał się... płocki zespół Quest: - Koncertują od 1993 roku i mają z tego grania pieniążki. Zachęcił nas ich sukces. Mają fajną muzykę i to, co ludzie lubią, teksty o własnym, prawdziwym życiu. To się sprzedaje. To i nas zachęciło. Dlaczego ludzie w Płocku mają nie kupować kaset Mister Deys. No i zespół dopiął swego, ale dużo za to zapłacił. Promujący płytę i kasetę teledysk zobaczymy prawdopodobnie w telewizji w Disco Relaksie w czerwcu. - Chcielibyśmy pokazać w nim najfajniejsze miejsca w Płocku. Może będą w tle dziewczyny i tancerze. Wszystko zależy od producenta. Dodajmy, że płytę i kasetę “Mister Deys” sami sobie finansują. - Chcieliśmy być niezależni. Zainwestowaliśmy więc półtora miliarda starych złotych, zarobionych na graniu na weselach. A marzenia? Najpierw, żeby zwróciły się koszty wydania materiału i żeby zarobić dodatkowo połowę tej sumy. Jak kaseta się sprzeda, to dalej wszystko pójdzie jak z płatka. Zespół będzie znany nie tylko w Płocku. Więcej nie trzeba. Materiał muzyczny zespołu dostępny będzie tradycyjnie na rynku. Akcją promocyjną nie tylko obarczony jest zespół, ale też handlarze, którym zależy na sprzedaży jak największej ilości sztuk. Ceny nie będą wygórowane. Kaseta kosztować będzie 14 zł, a płyta 25 zł. - Z tego tylko część idzie dla nas, najwięcej trafia do zarabiającej na nas firmy fonograficznej. Po drodze zawsze tych pieniędzy ubywa. Bez względu na to, czy to jest wydanie płyty, czy granie na weselu, swoją część dostaje też Urząd Skarbowy - zdradza kulisy branży Patrycjusz. Jednak mimo to, z grania disco-polo można się utrzymać. Żeby dobrze z tego żyć, trzeba zajść znacznie wyżej, no i być sławnym. - Wszystko w rękach ludzi. To oni decydują, czego chcą słuchać. Dla nas jest to wielka loteria, coś jak Totolotek. Albo się wygrywa, albo nie. Innego wyjścia nie ma. Tak samo jest z nami. Albo się ludziom spodobamy, albo nie i będziemy musieli zrezygnować - tłumaczy Patrycjusz, który ma nadzieję, że tytuł płyty “Ostatni raz”, nie będzie proroczy. Nie powinien się martwić. To wszystko, to przecież takie czary mary, nikt nie przyznaje się że słucha, a kasety z rynku znikają... Blanka Stanuszkiewicz Fot. Dariusz Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze