Na budowlanych kontraktach w Iraku pracowało do 1991 roku (czyli do inwazji na Kuwejt) około 16 tys. Polaków. Tamtejszy rynek pracy był chłonny, a rodacy potrzebowali dewiz. Kto mógł i komu nie przeszkadzały trudne warunki atmosferyczne - jechał do Libii czy Iraku.Przez 18 miesięcy, od 30 marca 1987 roku do 5 października 1988 roku budował tam autostradę inż. Mirosław Kaczmarek, ówczesny i obecny dyrektor Mazowieckiego Zarządu Dróg Wojewódzkich w Warszawie, Rejon Drogowy Gostynin-Płock. Dziś wiemy, gdzie jest Basra, Nasirija czy Mosul. W 1967 roku wystarczyło wiedzieć, gdzie w ogóle jest Irak. Pracować w kraju, w którym wciąż oglądać można pozostałości kultury mezopotamskiej, asyryjskiej i babilońskiej, to nie lada gratka, ale to nie zabytki wabiły wyjeżdżających na kontrakty Polaków. Najważniejszym motywem były pieniądze: statystyczny Polak w 1987 roku zarabiał miesięcznie 35 dolarów, w Iraku - dziesięciokrotnie więcej tj. około 400 dolarów. Dyrektor Mirosław Kaczmarek znalazł się w gronie 2 tys. 800 Polaków (w tym ok. 70 kobiet), którzy budowali część mierzącej łącznie 1.200 km autostrady z południa Iraku, poprzez Bagdad, w kierunku granicy jordańsko-syryjskiej. Pełnił na kontrakcie funkcję kierownika działu technicznego budowy dwóch odcinków autostrady: Nasirija - Rumaila (145 km) oraz Faludżia - Ramadi: - Pojechałem na kontrakt do Iraku w ramach umowy, jaką podpisało polskie Ministerstwo Transportu z irackim rządem. Pracowałem dla Przedsiębiorstwa Eksportu Budownictwa Komunikacyjnego “Dromex”. Czasy były niespokojne, wybuchła wojna iracko-irańska, z powodu której zablokowany został port w Basrze, co już na początku opóźniło budowę autostrady - relacjonuje Mirosław Kaczmarek Autostrada spełniała (i wciąż spełnia - to po niej poruszały się pojazdy wojskowe, które zmierzały od granicy kuwejckiej w kierunku Bagdadu) parametry na miarę XXI wieku: łącznie sześć pasów jezdni (w obie strony) o szerokości 3,5 m, pas postojowy o szerokości pół metra, szerokość pasa drogowego 260 m (od drogi serwisowej do drogi serwisowej), szerokość korony drogi (z jezdniami, pasem centralnym, poboczami) w górnej części wynosiła 45 m, można było rozwijać szybkość 150 km/h. Na długości 1.200 km znajdowało się 250 węzłów drogowych i 200 wiaduktów. Koszt budowy całej autostrady wyniósł 4 mld dolarów (wartość robót przy budowie pierwszego “polskiego” odcinka wyniosła ok. 340 mln dolarów). Przedsięwzięcie było ogromne: o ile w Polsce wówczas miesięcznie produkowało się 3 tys. ton masy bitumicznej, o tyle w Iraku podczas budowy dziennie 4 tys. ton. Budowa podzielona była na kilkanaście kontraktów, poszczególne odcinki wykonywały najlepsze firmy z całego świata: Korei Południowej, RFN, Brazylii, Japonii, Jugosławii, Francji, Filipin. Z tego powodu konieczne było posługiwanie się specjalnie opracowanym słownikiem języka angielskiego dla tak wielu narodowości. Pracujący przy pierwszym kontrakcie Polacy (kadra inżynieryjno-techniczna musiała znać język angielski) zgrupowani byli w dwóch tzw. campach, czyli bazach. Kto nie wytrzymywał trudnych warunkach atmosferycznych - wracał do kraju: - Najgorsze były burze piaskowe. W okresie letnim - od końca marca do połowy października - było ich około 50. Okna zasłanialiśmy folią, a mimo to pył i kurz był tak ogromny, że dostawał się do lodówek. Z tego powodu roboty bitumiczne prowadzone były głównie nocą, bo wtedy nie ma burz - opowiada M. Kaczmarek. - Jeżeli chodzi o kontakty z miejscową ludnością arabską, to wspólne spotkania miały charakter sporadyczny, bardzo rzadko zdarzało się, że ktoś został zaproszony do rodziny arabskiej, mi przytrafiło się to dwa razy podczas całego pobytu. Generalnie jednak obcokrajowcy traktowani byli przez Arabów z życzliwością, nie odczuwało się jakiejś wrogości czy niechęci. Podczas półtorarocznego pobytu w kraju Hammurabiego można było zwiedzić wielowiekowe zabytki kilku kultur (warto dodać, że na ziemi irackiej znajdują się też groby polskich żołnierzy z czasów II wojny światowej, którzy szli tędy z armią gen. Andersa), a także współczesne zwyczaje i tradycje arabskie. Polacy z ciekawością (ale z daleka!) obserwowali kąpiące się w jeziorze Arabki, zawsze w ubraniu, powolny tryb życia Arabów (którzy nigdy się nie spieszą) i z przerażeniem słuchali opowieści o tym, jak to podczas wesela (podpisania ślubnego kontraktu) pan młody pochwalił się bratu żony, że wcześniej zdobył wybrankę, a wtedy brat młodej bez zastanowienia schwycił nóż i wbił go swojej siostrze w plecy, ponieważ sprowadziła hańbę na całą rodzinę. Natomiast z żartobliwym uśmiechem przyjmowali maksymę, że kobieta jest wielbłądem, który ma pomóc mężczyźnie przebyć pustynię żywota. Wojna w Iraku jeszcze trwa, ale podobno jest szansa na to, że po jej zakończeniu Polacy znów wrócą na budowy do Iraku. Czy zastaną jeszcze wielowiekowe dziedzictwo kulturalne, to temat na inną opowieść. (eg) Fot. archiwum Podpis: Mirosław Kaczmarek przy budowanej przez siebie autostradzie
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze