Reklama

Stenia, Lidka, Ania i Ela - „kociary” z ROD „Nadwiślański”. Jedni im pomagają, inni ubliżają

04/04/2021 18:35

Co prawda zimę mamy chyba za sobą i mało kto marzy, by powrócił śnieg na ulicach i zimny deszcz, ale to wcale nie oznacza, że wszystkie stworzenia małe i duże zrobią się nagle samodzielne i nie będą potrzebowały pomocy ludzi. Wiedzą o tym doskonale cztery panie - Stenia, Lidka, Ania i Ela, które codziennie, bez względu na pogodę, święta i dni wolne od pracy, przyjeżdżają do Rodzinnego Ogrodu Działkowego Nadwiślański na Radziwiu, by dokarmiać koty, a przy okazji także jeże i ptaki. Jedni na ich widok pukają się w głowę, inni ubliżają, jeszcze inni przechodzą obojętnie, gdy wykładają w pojemniczki kaszę mannę na mleku, pokrojone mięso lub suchą karmę.

Na wyprawę do ROD Nadwiślański zaprosiła Tygodnik Płocki pani Ela. – Tego się nie da opowiedzieć, trzeba samemu zobaczyć – zapewnia. I zabrała nas na spacer po miejscach, gdzie każdy półdziki lub dziki kot, zdrowy lub chory, może liczyć na jedzenie i pomoc. Kiedy trzeba, panie wożą zwierzaki do weterynarza, podają kroplówki, w smakołykach przemycają antybiotyki. Starają się jak mogą, by ich życie było usłane tylko przyjemnościami, łowieniem myszy i szczurów, wylegiwaniem się na słońcu.
Wkraczamy na teren ROD Nadwiślański. Już przy bramie wita nas Niuniek, głośno miauczy i z ogonem wzniesionym do góry, prowadzi do pierwszej „stołówki”. Pomieszczenie, gdzie zwierzak może się ogrzać i zjeść smaczne pokrojone drobiowe żołądki, nie wygląda najlepiej.
– Staramy się, jak możemy, przygotować dla kotów domki. Dwa lata temu skorzystaliśmy z projektu Urzędu Miasta, załatwiłyśmy, żeby w miejscach karmienia je ustawić, ale niestety nie dostaliśmy zgody władz ROD. A były darmowe, wykonane przez uczniów Zespołu Szkół Technicznych i mogły stać się wizytówką naszego ogrodu. Niestety, uznali, że nie ma sensu. Skoro nie chcieli ładnych, to teraz klecimy z desek i blachy, które mamy pod ręką, aby koty miały swoje miejsce.
Trzy panie pomagają kotom od pięciu lat. Mają pod opieką około 60 zwierząt. Czasem kotów jest mniej, czasem więcej. Każdy ma swoje imię i historię leczenia. Niektóre są bez oczu i to nie zawsze było efektem starcia z ptakiem, często z człowiekiem, inne bez niektórych kończyn, ze złamanymi ogonami, z opadłymi od choroby uszami. Większość jest brzydkich, ale zdarzają się ładne. Jest nawet jeden kot perski, bardzo stary, chyba porzucony przez kogoś, kto nie chciał w domu wyliniałego i chorego ze starości przyjaciela rodziny.

Całość historii przeczytacie w kolejnym wydaniu Tygodnika Płockiego.

Reklama

Jol.

Fot. J. Marciniak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Stefek i Wanda - niezalogowany 2021-04-17 17:56:27

    Kompletni idioci.. w szczegolnosci Ci co tam idą po antidotum na glupote ;-)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości