Zofia i Józef Marszałkowie są małżeństwem od 66 lat. Wciąż trwają wierni przysiędze składanej przeszło pół wieku temu w kościele w Kozicach. Są razem na dobre i na złe, w chorobie i zdrowiu. Gdy rozmawiamy przy kawie, siwy jak gołąbek 88-letni staruszek czule głaszcze po ręku swoją małżonkę. Doskonale pamięta marzec 1941 roku i okupację. Ledwo wzięli ślub, a trzy dni później wszystkich księży z parafii zabrali Niemcy. Wtedy też pan Józef dostał wezwanie na transport do przymusowej pracy w Niemczech. – Nie chciałem zostawiać mojej żony – wspomina. Dowiedział się, że w pobliżu Gostynina Niemiec potrzebuje ludzi do pracy w gospodarstwie. Najął się u niego, ale musiał ponieść karę, że nie zgłosił się na transport. – Zamiast 25 batów „po znajomości” dostałem tylko 5. Byłem jednak szczęśliwy, że zostaję w domu – opowiada Józef Marszałek. Niemiecki gospodarz dał młodemu małżeństwu mieszkanie. Wspominają go dobrze. Dawał też po kryjomu cenną mąkę. Kiedy pani Zofia przenosiła ją ukrytą pod chustką, gospodarz bał się, że po drodze mogą ją zrewidować żandarmi. Zaczął więc sam przynosić. – Kazał mi też uczyć się niemieckiego, ale jako Polak nie miałem na to ochoty – mówi staruszek. Praca na gospodarce była ciężka, a zapłata przestała wystarczać na utrzymanie rodziny, w której pojawił się syn Wiesław. Józef Marszałek zaczął pracować w majątku zarządzanym przez Niemców. Otrzymał za to deputat. Tak dotrwał końca wojny. Wyzwolenie przyniosło reformę rolną i 5 hektarów własnej ziemi dla pana Marszałka w Belnie. – Niestety, po kilku latach żona zaczęła chorować. Nie wiedziałem co począć, a Zosia na to, rób tak, żeby było dobrze. Marszałkowi zawsze marzyło się życie w mieście. Znalazł działkę w Płocku na ulicy Łąkowej. Sam wybudował domek i przeprowadził się z rodziną. Gospodarkę zamienił na pracę w Zakładach Mięsnych. – Przepracowałem tu 20 lat. Na koniec znalazłem się na portierni. Była to praca lekka, ale nieprzyjemna. Musiałem kontrolować ludzi, czy niczego nie wynoszą z firmy. Znałem pracowników i zastrzegłem, żeby przy mnie nie kombinowali. W 1985 roku Józef Marszałek odszedł na emeryturę. Dyrekcja za jego sumienność przyznała mu odznaczenia resortowe. Do dziś wiszą na honorowym miejscu w domu. Teraz wraz z żoną wiedzie spokojne życie wśród wciąż powiększającej się rodziny. – Miło patrzeć jak rośnie latorośl. Mamy już siedmioro prawnuków – zaznaczają z dumą Marszałkowie. Wciąż mieszkają na ulicy Łąkowej. Kolejne pokolenia wnuków budują domy w pobliżu dziadków i dbają o utrzymywanie więzi rodzinnych. – Pierwszy dzień świąt zawsze obchodzimy z pradziadkami. Wspólne są też chrzciny, komunie, śluby i wesela. Na imieninach robi się tłok, bo najbliższa rodzina to już 20 osób – mówi wnuczka Anna Białołęcka. Zofia i Józef – nestorzy rodu Marszałków obchodzili w tym roku 66-lecie zawarcia związku małżeńskiego. – Szybko nam ten czas upłynął, bo byliśmy zgodni i szanowaliśmy się nawzajem. Nigdy nie było kłótni o pieniądze. Wszystko zawsze było nasze i wspólne – mówią małżonkowie. Pani Zofia, kiedy zdrowie bardziej dopisywało, była gospodynią pierwszej klasy. Świetnie gotowała, szyła dla siebie i dla wnuków. Teraz rodzina opiekuje się schorowaną staruszką. Podziwia też jubileusz nestorów, choć i pozostałe małżeństwa również mają się czym pochwalić. Syn Wiesław całe życie związany był z rodzicami. Jedyna dłuższa rozłąka to służba wojskowa. – Potem ożeniłem się. Pojawił się na świecie syn. Pracowałem jako kierowca m.in. w Zakładach Mięsnych i w Coteksie – wspomina. Obecnie jest na emeryturze, a ze swoją żoną Zofią Wiktorią przeżyli wspólnie ponad 40 lat. – Dzieci wyprawiły nam 25-lecie. Przygotowały uroczysty obiad, a my odnowiliśmy śluby w kościele – zaznacza z dumą kobieta. Prawie 20 lat po ślubie jest też wnuk Andrzej Marszałek z żoną Bożeną. Na życie rodzinne zawsze ma czas, choć także jest kierowcą i wiele dni spędza w trasie. – Pomaga nam miłość i wiara w siebie – przekonuje jego żona. Ostatni ślub w rodzinie Marszałków odbył się w 1997 roku. Ślubowała wtedy wnuczka Danusia Kuc. Największą pociechą dla rodu Marszałków są prawnuki. Pradziadkowie wszystkich obdarzają tą samą miłością. Dla każdego mają ukryte czekoladki i ciastka. Najstarszy prawnuk Damian, uczeń Zespołu Szkół Technicznych często słucha opowieści pradziadka z czasów wojny. Monika śpiewa w chórze kościelnym w kościele na Międzytorzu, a Agnieszka kocha przyrodę. Łukasz jest harcerzem w ZHR, gdzie ostatnio zdobył sprawność mistrza musztry. Kiedy dzieci były małe, pradziadek Józef spędzał z nimi bardzo dużo czasu. Dziś każdy dorasta, a staruszek ma więcej czasu na swoją pasję. – Lubię patrzeć na moje gołębie – przyznaje. Nad domkiem na ulicy Łąkowej kołuje ich aż 14. Są to gołębie pocztowe, ale nie biorą udziału w lotach. Nieraz do stada jakiś dołączy, tak jak ten ostatni z Katowic. Większość przywiózł ze wsi. To pamiątka po dawnym życiu. – Jeśli któryś z wnuków zechce, to mu je przekażę – mówi Józef Marszałek. Na ochotnika zgłosił się Łukasz. Ta rodzina zawsze trzyma się razem. – Tak już zostanie, bo w tym jest nasza siła – podkreślają zgodnie. BeeS
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze